Młody nam dojrzewa i niestety pojawiły sie te chwile, gdy Potomek zaczął przy kasach sięgać po to, co znajduje w zasięgu ręki.
Uwaga petitem:
Odstępy między kasami mogłyby być nieco większe. Dzieci nie miałyby wtedy szans na zrzucenie jakiegoś towaru, za który rodzice będą później zmuszeni zapłacić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie nie byłoby poprawne handlowo... sprzedażowo, lecz, jako konsument, takie mam zdanie. W takim Kauflandzie, na przykład, są specjalne kasy, przy których nie ma słodyczy i rodzice mogą uniknąć niepotrzebnych kłótni. No ale my byliśmy w Lidlu.
Zazwyczaj Młody sięgał po małe groszki, lizaki albo batonika. Tym razem na najbliższej mu (i najniższej) półce znajdowały się owocowe prezerwatywy MONDOS w dwunastopaku...
Jesteśmy dorośli, prawda? Przecież się nie będziemy peszyć i czerwienić...
- Weźmy jeszcze to - zaczął nieśmiało Młody podając nam pudełko.
- To jeszcze nie będzie Ci, synku, potrzebne. - odparł Tatuś-Bajarz.
- Będzie - powiedział, jak zawsze przekorny, Młody. Po czym dodał - a co to jest?
- Zabezpieczenie - szybko i rzeczowo rzuciła Ukochana.
- Przed czym? - dopytywał Młody. Pudełko wciąż trzymał w ręku, a kolejka robiła się coraz dłuższa.
- Przed dziećmi - tym razem odpowiedzi znów udzielił Tatuś-Bajarz.
W tym miejscu Tatuś-Bajarz i Ukochana spojrzeli sobie w oczy i zdali sobie sprawę, że przecież Młody już czyta i bardzo szybko może tę dyskusję sprowadzić na jeszcze bardziej niezręczne tory...
- Nieprawda! - cicho wykrzyknął Młody bacznie wpatrując się w czerwone pudełko. - to jest przeciw bakteriom!
- Jedno drugiego nie wyklucza synku - powiedział Tatuś-Bajarz w głębi serca zadowolony, że właściwie nie powiedział jescze niczego niezgodnego z prawdą. Niemniej jednak kasa się już zbliżała i przyszła pora na kontratak.
- A Ty wiesz synku, jak długo trzeba potem taką bakterię myć? Normalnie całe życie...
Ukochana pogłaskała Młodego w rozczochraną czuprynę. Wprawdzie chciał jeszcze coś powiedzieć, ale wyjęła mu pudełko z rąk i pokazała małą półkę pod wózkiem, na której mógł sobie usiąść.
Uśmiech na jej twarzy był bardzo zaraźny... khm... zaraźliwy.
Facet, też może być kurą domową i dziecku różne bajki opowiadać. Zwłaszcza, jeśli dziecko również opowiada.
11.4.15
6.4.15
Przepowiadanie przyszłości
Mechanizmy rządzące komunikacją w rodzeństwie były dla Tatusia-Bajarza ciekawym zagadnieniem. Jako jedynakowi pozostawały mu obserwacje poczynione u kuzynów. Notował sobie w głowie wszelkie wskazówki na temat zachowań i ich konsekwencji. Och - ileż tam było kłótni i krzyków i każdy miał rację... i potem nagle wszyscy dorośliśmy,
A teraz Tatuś-Bajarz ma dwóch Potomków (i Przesyłkę w drodze) i stara się sięgnąć pamięcią do wszystkich tych "notatek".
Problemem, który od niedawna spędza mu sen z powiek jest konieczność przewidywania przeszłości. wychowanie już jednego Potomka jest wyzwaniem - przyjemnością, ale przede wszystkim wyzwaniem. Korzystanie z doświadczenia własnego i zasłyszanego pozwala mieć nadzieję, że Potomek będzie kimś, z kogo będziemy dumni. Nie tak literacko i szumnie - "bo każdy rodzic kocha swoje dziecko i jest z niego dumny" - ale tak prawdziwie, z uczuciem spokoju o przyszłość Potomka i ze świadomością dobrze wykonanej roboty.
Ale czasy się zmieniają... okoliczności się zmieniają... inne technologie, poziom wiedzy i kształcenia, czy wreszcie społeczeństwo i małe społeczności, w których ląduje Potomek, i z któych przez całe swoje życie czerpie wzorce. Nie zawsze są to wzorce godne czerpania. A jaki będzie efekt końcowy? Przyjdzie poczekać i się dowiedzieć.
A wracając do liczby mnogiej - jedno dziecko to wyzwanie, A Dwoje... czy prawie Troje?
Na dziś Tatuś-Bajarz z Ukochaną martwią się o to jak pogodzić Młodego i Młodszego w zakresie wzajemnie wyrywanych zabawek i drobnych szturchańców. Ale gdy dzieci śpią obydwoje zastanawiają się (Tatuś-Bajarz pewnie bardziej, bo Ukochana musi się lepiej wysypiać), co mogą zrobić, by w przyszłości Młody, Młodszy i Przesyłka szanowali się wzajemnie, wspierali i - co najważniejsze - potrafili siebie słuchać i ze sobą rozmawiać.
Gdyby tylko był na to jakiś wzór - no nawet matematyczny - to... ech... pewnie wtedy równie dobrze każdy mógłby wygrać szóstkę w totka.
A teraz Tatuś-Bajarz ma dwóch Potomków (i Przesyłkę w drodze) i stara się sięgnąć pamięcią do wszystkich tych "notatek".
Problemem, który od niedawna spędza mu sen z powiek jest konieczność przewidywania przeszłości. wychowanie już jednego Potomka jest wyzwaniem - przyjemnością, ale przede wszystkim wyzwaniem. Korzystanie z doświadczenia własnego i zasłyszanego pozwala mieć nadzieję, że Potomek będzie kimś, z kogo będziemy dumni. Nie tak literacko i szumnie - "bo każdy rodzic kocha swoje dziecko i jest z niego dumny" - ale tak prawdziwie, z uczuciem spokoju o przyszłość Potomka i ze świadomością dobrze wykonanej roboty.
Ale czasy się zmieniają... okoliczności się zmieniają... inne technologie, poziom wiedzy i kształcenia, czy wreszcie społeczeństwo i małe społeczności, w których ląduje Potomek, i z któych przez całe swoje życie czerpie wzorce. Nie zawsze są to wzorce godne czerpania. A jaki będzie efekt końcowy? Przyjdzie poczekać i się dowiedzieć.
A wracając do liczby mnogiej - jedno dziecko to wyzwanie, A Dwoje... czy prawie Troje?
Na dziś Tatuś-Bajarz z Ukochaną martwią się o to jak pogodzić Młodego i Młodszego w zakresie wzajemnie wyrywanych zabawek i drobnych szturchańców. Ale gdy dzieci śpią obydwoje zastanawiają się (Tatuś-Bajarz pewnie bardziej, bo Ukochana musi się lepiej wysypiać), co mogą zrobić, by w przyszłości Młody, Młodszy i Przesyłka szanowali się wzajemnie, wspierali i - co najważniejsze - potrafili siebie słuchać i ze sobą rozmawiać.
Gdyby tylko był na to jakiś wzór - no nawet matematyczny - to... ech... pewnie wtedy równie dobrze każdy mógłby wygrać szóstkę w totka.
11.3.15
Tato... to ja.
Tatuś-bajarz miał kiedyś okazję zamienić kilka zdań z Supertatą na temat czasopism dla ojców. Zdań było tylko kilka, bo tytułów tego rodzaju jest jak na lekarstwo. Tatusiowie sa po prostu zbyt zabiegani wokół pociech, by jeszcze czytać, albo pisać na ten temat...
Nie... zaraz... to bzdura. Przecież tatusiowie piszą i blogują na ten temat. Po prostu gazet brakuje.
Na szczęście nie brakuje czasopism dla mam. Kiedy więc Ukochana nie widzi, Tatuś-bajarz bierze sobie okładkę od jakiegoś Muratora, czy Heavy Metalu, wkłada do środka "Mamo to ja", siada na kanapie, lub innym "ustronnym" miejscu i czyta. Kiedy potem niechcący zdradzi się ze świeżo nabytą wiedzą, Ukochana udaje zdziwienie i nie daje po sobie poznać, że przecież wie o wszystkim.
W każdym razie w łapki Tatusia-bajarza trafiło jubileuszowe wydanie Murat... (siła nawyku) Mamo to ja. A w nim same dwudziestki (jak na dwudziestolecie przystało). Przynajmniej kilka z nich mocno przykuło uwagę Tatusia. Na przykład 20 Gadżetów ułatwiających życie. No bo który tata nie lubi gadżetów, które ułatwiają życie? Akurat ten dział zainteresował również Młodego, który co chwilę składał propozycje, co należy kupić, by łatwiej zajmowac się Młodszym. Ot taka troskliwa bestia.
Dział 20 rad dla rodziców niejadka jest stanowczo za skąpy, ale już dział 20 filmów - no tu było bardziej bogato, ale nie obyło się bez wewnętrznych sporów. Tatuś-bajarz zerknął jeszcze raz na tytuł i zrozumiał, że to filmy bardziej dla mam i wewnętrzne spory ustąpiły miejsca wewnęrznemu niepokojowi, że teraz będzie musiał sobie takich filmów sam poszukać. Było również 20 filmów dla dzieci i Tatuś-bajarz ze zdumieniem stwierdził, że większość z nich oglądał już z całą rodzinką. Uśmiechnął się więc i przeszedł do działu, który zaintrygował go najbardziej.
20 książek - no tu Tatuś-bajarz mógł się odprężyć i czytać z przyjemnością. I czytał i czytał i zgadzał się i podziwiał jaki to ma gust zgodny z gazetą, gdy nagle...
No nie może być... przeczytał raz jeszcze 20 pozycji powoli i dokładnie.
Moja droga gazetko - tak nie może być. Zgubiliście gdzieś "Kubusia Puchatka" - jak to możliwe? O nie... na brak Kubusia ja się nie zgadzam!
Potem gazetę przejęła Ukochana. Udała, że nie widzi kilku zawiniętych rogów (gazetom się zdarza). Skomplementowała artykuł o badaniach i o mocy w mleku, a potem zapytała, gdzie schowałem ostatni paragon za pieluchy, bo okazało się, że można wygrać ich kwartalny zapas.
Może Wam się do wyda zabawne, ale Tatuś-bajarz uznał to za całkiem sensowną lokatę w domowy budżet - to znaczy jeśli wygramy.
Nie... zaraz... to bzdura. Przecież tatusiowie piszą i blogują na ten temat. Po prostu gazet brakuje.
Na szczęście nie brakuje czasopism dla mam. Kiedy więc Ukochana nie widzi, Tatuś-bajarz bierze sobie okładkę od jakiegoś Muratora, czy Heavy Metalu, wkłada do środka "Mamo to ja", siada na kanapie, lub innym "ustronnym" miejscu i czyta. Kiedy potem niechcący zdradzi się ze świeżo nabytą wiedzą, Ukochana udaje zdziwienie i nie daje po sobie poznać, że przecież wie o wszystkim.
W każdym razie w łapki Tatusia-bajarza trafiło jubileuszowe wydanie Murat... (siła nawyku) Mamo to ja. A w nim same dwudziestki (jak na dwudziestolecie przystało). Przynajmniej kilka z nich mocno przykuło uwagę Tatusia. Na przykład 20 Gadżetów ułatwiających życie. No bo który tata nie lubi gadżetów, które ułatwiają życie? Akurat ten dział zainteresował również Młodego, który co chwilę składał propozycje, co należy kupić, by łatwiej zajmowac się Młodszym. Ot taka troskliwa bestia.
Dział 20 rad dla rodziców niejadka jest stanowczo za skąpy, ale już dział 20 filmów - no tu było bardziej bogato, ale nie obyło się bez wewnętrznych sporów. Tatuś-bajarz zerknął jeszcze raz na tytuł i zrozumiał, że to filmy bardziej dla mam i wewnętrzne spory ustąpiły miejsca wewnęrznemu niepokojowi, że teraz będzie musiał sobie takich filmów sam poszukać. Było również 20 filmów dla dzieci i Tatuś-bajarz ze zdumieniem stwierdził, że większość z nich oglądał już z całą rodzinką. Uśmiechnął się więc i przeszedł do działu, który zaintrygował go najbardziej.
20 książek - no tu Tatuś-bajarz mógł się odprężyć i czytać z przyjemnością. I czytał i czytał i zgadzał się i podziwiał jaki to ma gust zgodny z gazetą, gdy nagle...
No nie może być... przeczytał raz jeszcze 20 pozycji powoli i dokładnie.
Moja droga gazetko - tak nie może być. Zgubiliście gdzieś "Kubusia Puchatka" - jak to możliwe? O nie... na brak Kubusia ja się nie zgadzam!
Potem gazetę przejęła Ukochana. Udała, że nie widzi kilku zawiniętych rogów (gazetom się zdarza). Skomplementowała artykuł o badaniach i o mocy w mleku, a potem zapytała, gdzie schowałem ostatni paragon za pieluchy, bo okazało się, że można wygrać ich kwartalny zapas.
Może Wam się do wyda zabawne, ale Tatuś-bajarz uznał to za całkiem sensowną lokatę w domowy budżet - to znaczy jeśli wygramy.
26.2.15
Tatuś-Bajarz gra w kulki...
Raz na jakiś czas Tatuś-Bajarz dostaje wychodne. Czasem udaje mu się wyjść samemu, czasem zabiera ze sobą całą Rodzinkę. Bo tak jest zdecydowanie fajniej. Jednak w ostatnią niedzielę Rodzinka musiała zostać w domu, a Tatuś-Bajarz wybrał się na spotkanie blogerów. Ale nie jakieś takie zwyczajne. #BFWawa to spotkanie w atmosferze niemal rodzinnej. Nawet sceptyczny w stosunku do takich deklaracji Tatuś-Bajarz czuł tę przyjemną atmosferę piknikowego weekendu, gdzie można się było spotkać z każdym i porozmawiać o wszystkim. Tym razem można też było pograć w kręgle albo spróbować zrobic jaskółkę.
Takie spotkania odbywają się w Warszawie cyklicznie. To było już czwarte, a zaczęło się od małej grupki ludzi, którzy dziś dumnie nazywaję się Matkami i Ojcami założycielami.
Sprytnie! Super Tata Szczęśliwa Tato Mobi Ci od Godzilli - to przez nich i dzięki nim takie spotkania są możliwe. I bardzo dobrze, że im się chce coś takiego organizować, bo wtedy nam chce się na to przychodzić. Ach... no i nie obyło się bez odrobiny czarnego humoru. Ponieważ w HulaKula mieliśmy dla siebie trzy tory za darmo, musieliśmy się jakoś oznaczyć. Super Tata, miał na to super rozwiązanie:
Spotkania odbywają się pod wspólną nazwą Bloggers Family - i chodzi tu o rodzinę blogerską a nie blogera z rodziną. Możemy się więc spotkać z najróżniejszymi tematami, historia, moda, warsztat - co kto chce. Jednak sam fakt, że przychodzimy i się spotykamy zupełnie prywatnie jest absolutnie wspaniały.I jeśli chcecie przyjść z całą rodziną - te ręce są tak samo szeroko otwarte.
I jeszcze jedna sprawa. Tatuś-Bajarz jest bardzo wyczulony na punkcie prywatności - własnej oraz pociech (nie tylko własnych). Dlatego zdjęć dzieci stara się nie zamieszczać. Niemniej jednak tego jednego zdjęcia nie mógł nie zamieścić i wystarał się o specjalne pozwolenie od Modeli. To, zdaniem Bajarza, kwintesencja rodzinności i przyjaznej atmosfery tego spotkania.
Dość powiedzieć, że młody człowiek na tym zdjęciu wypunktował Tatusia-Bajarza w kręgle. Ale następnym razem Bajarz zabierze Młodego i Młodszego do pomocy. I już.
Edit: z radości i pośpiechu zapomniałem dodać, że zdjęcia do wpisu zostały "skradzione" od Przemka z Tato.mobi. Skradłbym jeszcze od Marcina-Super Taty, ale on jeszcze się nie rozpisał.
Takie spotkania odbywają się w Warszawie cyklicznie. To było już czwarte, a zaczęło się od małej grupki ludzi, którzy dziś dumnie nazywaję się Matkami i Ojcami założycielami.
![]() |
Matki i Ojcowie założyciele. |
Sprytnie! Super Tata Szczęśliwa Tato Mobi Ci od Godzilli - to przez nich i dzięki nim takie spotkania są możliwe. I bardzo dobrze, że im się chce coś takiego organizować, bo wtedy nam chce się na to przychodzić. Ach... no i nie obyło się bez odrobiny czarnego humoru. Ponieważ w HulaKula mieliśmy dla siebie trzy tory za darmo, musieliśmy się jakoś oznaczyć. Super Tata, miał na to super rozwiązanie:
Spotkania odbywają się pod wspólną nazwą Bloggers Family - i chodzi tu o rodzinę blogerską a nie blogera z rodziną. Możemy się więc spotkać z najróżniejszymi tematami, historia, moda, warsztat - co kto chce. Jednak sam fakt, że przychodzimy i się spotykamy zupełnie prywatnie jest absolutnie wspaniały.I jeśli chcecie przyjść z całą rodziną - te ręce są tak samo szeroko otwarte.
I jeszcze jedna sprawa. Tatuś-Bajarz jest bardzo wyczulony na punkcie prywatności - własnej oraz pociech (nie tylko własnych). Dlatego zdjęć dzieci stara się nie zamieszczać. Niemniej jednak tego jednego zdjęcia nie mógł nie zamieścić i wystarał się o specjalne pozwolenie od Modeli. To, zdaniem Bajarza, kwintesencja rodzinności i przyjaznej atmosfery tego spotkania.
Dość powiedzieć, że młody człowiek na tym zdjęciu wypunktował Tatusia-Bajarza w kręgle. Ale następnym razem Bajarz zabierze Młodego i Młodszego do pomocy. I już.
Edit: z radości i pośpiechu zapomniałem dodać, że zdjęcia do wpisu zostały "skradzione" od Przemka z Tato.mobi. Skradłbym jeszcze od Marcina-Super Taty, ale on jeszcze się nie rozpisał.
20.2.15
Dzień uczuć mieszanych i z łezką w oku.
Tatuś-Bajarz in prima persona... Bo i jemu się zdarza.
Drogi blogopamiętniczku. To był bardzo dziwny dzień, wieńczący bardzo dziwny tydzień. Nie ma chyba na tym padole rodzica, który kiedyś nie popstrykałby sie z dzieckiem. No i mi też się zdarza, a że wychodzę z założenia, że dla dobra dziecka nie wszystko mu wolno, to zdarza mi się to częściej niż innym.
Zwłaszcza z Młodym i zwłaszcza częściej niż tym, którzy nie zabraniają mu niczego. Dziecku potrzebna jest odrobina rozpuszczenia... odrobina zepsucia. Dopóki są to odrobiny i dopóki nie podkopują rodzicielskiego autorytetu.
No ale zdarza się, a ja nie piszę tu o tym zbyt często. Bo i po co?
Ten tydzień jednak obfitował w takie mniejsze i większe spięcia. Po trochu dlatego, że Młody wreszcie zakończył dłuższą przerwę przedszkolną (i głowę miał pełną nowych psot), po trochu, bo stara się bardzo mocno realizować bunt czterolatka, a po trochu dlatego, że i ja mam niemało na głowie. Przez cały tydzień byłem więc przez syna "zerowany", krojony na plasterki, wyganiany z domu (lub do innej rodziny), albo wyrzucany przez okno. Wiecie - wszystkie te rzeczy, które dzieci życzą, rodzicom, a rodzice udają, że ich to nie rusza (i po kątach szlochają ukradkiem). I po całym takim tygodniu nadszedł piątek.
A w piątek w przedszkolu Młodego było przedstawienie z okazji Dnia Babci i Dziadka. Tak - opóźnione o miesiąc, ale wcześniej były jasełka i ferie i dzieci musiały się odpowiednio przygotować. Młody do przedszkola wyszedł dziś bez buziaka dla taty. Bo to był jeden z tych poranków.
Tak więc było przedstawienie i Młody brał w nim udział i był - w sensie recytatorskim - genialny. Zero tremy, intonacja na miejscu, emisja godna pozazdroszczeniai jeszcze ta odrobina nonszalancji, gdy wychodząc na środek sceny zgrabnym ruchem ręki wkręcił koleżankę w piruet.
Ten duet miał do wygłoszenia krótki wierszyk, a potem mieli jeszcze zaśpiewać (choć lip-sync byłby bardziej akuratnym terminem) piosenkę, która w swobodny sposób nawiązywała do okazji.
Problem w tym, że kiedy Młody wrócił na swoje miejsce i recytację zaczęły inne pary, on nie mógł spokojnie ustać w miescu. Nie był zdenerwowany, czy zniecierpliwiony. On najzwyczajniej w życiu dobrze się bawił i on już wtedy wiedział, że to jest jego dzień. Pomyślałem sobie, że na następnym podobnym przedstawieniu, Młody powinien śpiewać "To ja typ niepokorny".
Jakiż ja byłem (i nadal jestem) z niego cholernie dumny. Jak chciałem krzyczeć z radości, bić brawo i tupać. Jak bardzo pragnąłem go wtedy uściskać...
Zamiast tego, z Młodszym na rękach, musiałem na chwilę wyjść. W pomieszczeniu było bardzo duszno i strasznie spociły mi się oczy.
Niestety, Nie mogłem powiedzieć Młodemu, jak bardzo jest wspaniały, bo na przedstawieniu byli też Inni i...
...Tatuś-Bajarz na jakiś czas zszedł na dalszy plan. Nadal też nie dostał swojego buziaka, i już nie może się doczekać.
Drogi blogopamiętniczku. To był bardzo dziwny dzień, wieńczący bardzo dziwny tydzień. Nie ma chyba na tym padole rodzica, który kiedyś nie popstrykałby sie z dzieckiem. No i mi też się zdarza, a że wychodzę z założenia, że dla dobra dziecka nie wszystko mu wolno, to zdarza mi się to częściej niż innym.
Zwłaszcza z Młodym i zwłaszcza częściej niż tym, którzy nie zabraniają mu niczego. Dziecku potrzebna jest odrobina rozpuszczenia... odrobina zepsucia. Dopóki są to odrobiny i dopóki nie podkopują rodzicielskiego autorytetu.
No ale zdarza się, a ja nie piszę tu o tym zbyt często. Bo i po co?
Ten tydzień jednak obfitował w takie mniejsze i większe spięcia. Po trochu dlatego, że Młody wreszcie zakończył dłuższą przerwę przedszkolną (i głowę miał pełną nowych psot), po trochu, bo stara się bardzo mocno realizować bunt czterolatka, a po trochu dlatego, że i ja mam niemało na głowie. Przez cały tydzień byłem więc przez syna "zerowany", krojony na plasterki, wyganiany z domu (lub do innej rodziny), albo wyrzucany przez okno. Wiecie - wszystkie te rzeczy, które dzieci życzą, rodzicom, a rodzice udają, że ich to nie rusza (i po kątach szlochają ukradkiem). I po całym takim tygodniu nadszedł piątek.
A w piątek w przedszkolu Młodego było przedstawienie z okazji Dnia Babci i Dziadka. Tak - opóźnione o miesiąc, ale wcześniej były jasełka i ferie i dzieci musiały się odpowiednio przygotować. Młody do przedszkola wyszedł dziś bez buziaka dla taty. Bo to był jeden z tych poranków.
Tak więc było przedstawienie i Młody brał w nim udział i był - w sensie recytatorskim - genialny. Zero tremy, intonacja na miejscu, emisja godna pozazdroszczeniai jeszcze ta odrobina nonszalancji, gdy wychodząc na środek sceny zgrabnym ruchem ręki wkręcił koleżankę w piruet.
Ten duet miał do wygłoszenia krótki wierszyk, a potem mieli jeszcze zaśpiewać (choć lip-sync byłby bardziej akuratnym terminem) piosenkę, która w swobodny sposób nawiązywała do okazji.
Problem w tym, że kiedy Młody wrócił na swoje miejsce i recytację zaczęły inne pary, on nie mógł spokojnie ustać w miescu. Nie był zdenerwowany, czy zniecierpliwiony. On najzwyczajniej w życiu dobrze się bawił i on już wtedy wiedział, że to jest jego dzień. Pomyślałem sobie, że na następnym podobnym przedstawieniu, Młody powinien śpiewać "To ja typ niepokorny".
Jakiż ja byłem (i nadal jestem) z niego cholernie dumny. Jak chciałem krzyczeć z radości, bić brawo i tupać. Jak bardzo pragnąłem go wtedy uściskać...
Zamiast tego, z Młodszym na rękach, musiałem na chwilę wyjść. W pomieszczeniu było bardzo duszno i strasznie spociły mi się oczy.
Niestety, Nie mogłem powiedzieć Młodemu, jak bardzo jest wspaniały, bo na przedstawieniu byli też Inni i...
...Tatuś-Bajarz na jakiś czas zszedł na dalszy plan. Nadal też nie dostał swojego buziaka, i już nie może się doczekać.
14.2.15
Turlaj ziemniaka!
Dzień zaczął się prawie normalnie. To znaczy śpiąco i ziewnie. Niemniej jednak była to Sobota i Tatuś-Bajarz na chwilkę dłużej pozostał w okolicach kołdry, podczas gdy Ukochana, Młody i Młodszy realizowali swoje sobotnie plany z różnym stopniem nasilenia decybeli. Słuchawka na chwilę wypadła mu z ucha i właśnie wtedy usłyszał głos Ukochanej:
- Turlaj ziemniaka!
Przez moment Tatuś-Bajarz był zszokowany. Ukochana zazwyczaj nie odzywa się w ten sposób do nikogo. Tymczasem teraz najwyraźniej oberwało się jednej z pociech. A może... Przez głowę Tatusia-Bajarza przemknęła przeraźliwie chłodna myśl.
- A może to do mnie? Może o czymś zapomniałem? Może przegapiłem coś bardzo ważnego i taraz mam przerąbane?
Z miną - na wszelki wypadek - skruszoną Tatuś-Bajarz ruszył w kierunku kuchni. Szykował się na wszystko, ale nie spodziewał się, że gdy tam wejdzie, to ujrzy... Młodszego, który siedzi na podłodze i turla sobie ziemniaka.
Wyobraźnia płata czasem srogie figle.
Po południu pojechaliśmy sobie na bardzo ważne zakupy. Młody szykuje się do karnawałowego balu i trzeba było nabyć niezwykle istotne elementy stroju. Różdżkę (czarodzieja, a nie wróżki, kapelusz, surowiec na płaszcz i takie tam różne drobiazgi).
Zakupy, zwłaszcza weekendowe, to zawsze wyzwanie. Pociechy nie są jeszcze w nich zaprawione, więc zazwyczaj robią to co potrafią najlepiej, a my staramy się nad tym zapanować. Bywa ciężko, ale liczy się przede wszystkim efekt końcowy. Dziś udało się częściowo, ale płaszcz czarodzieja będzie pierwszej klasy.
Domownicy już pospali, a Tatuś-Bajarz wie, że to był dobry dzień. Spędziliśmy trochę czasu razem - w pełni rodzinnie, był spacer i wspólny posiłek.
Nikt o niczym nie zapomniał i nikt się na nikogo nie obruszył, bo tak naprawdę... my mamy tu Walentynki na co dzień. Ale tylko jedną sobotę w tygodniu. Nie możemy jej zmarnować.
- Turlaj ziemniaka!
Przez moment Tatuś-Bajarz był zszokowany. Ukochana zazwyczaj nie odzywa się w ten sposób do nikogo. Tymczasem teraz najwyraźniej oberwało się jednej z pociech. A może... Przez głowę Tatusia-Bajarza przemknęła przeraźliwie chłodna myśl.
- A może to do mnie? Może o czymś zapomniałem? Może przegapiłem coś bardzo ważnego i taraz mam przerąbane?
Z miną - na wszelki wypadek - skruszoną Tatuś-Bajarz ruszył w kierunku kuchni. Szykował się na wszystko, ale nie spodziewał się, że gdy tam wejdzie, to ujrzy... Młodszego, który siedzi na podłodze i turla sobie ziemniaka.
Wyobraźnia płata czasem srogie figle.
Po południu pojechaliśmy sobie na bardzo ważne zakupy. Młody szykuje się do karnawałowego balu i trzeba było nabyć niezwykle istotne elementy stroju. Różdżkę (czarodzieja, a nie wróżki, kapelusz, surowiec na płaszcz i takie tam różne drobiazgi).
Zakupy, zwłaszcza weekendowe, to zawsze wyzwanie. Pociechy nie są jeszcze w nich zaprawione, więc zazwyczaj robią to co potrafią najlepiej, a my staramy się nad tym zapanować. Bywa ciężko, ale liczy się przede wszystkim efekt końcowy. Dziś udało się częściowo, ale płaszcz czarodzieja będzie pierwszej klasy.
Domownicy już pospali, a Tatuś-Bajarz wie, że to był dobry dzień. Spędziliśmy trochę czasu razem - w pełni rodzinnie, był spacer i wspólny posiłek.
Nikt o niczym nie zapomniał i nikt się na nikogo nie obruszył, bo tak naprawdę... my mamy tu Walentynki na co dzień. Ale tylko jedną sobotę w tygodniu. Nie możemy jej zmarnować.
25.1.15
Obserwacje nie do końca poprawne...
Tatuś-Bajarz miał to szczęście, że, gdy był w wieku swoich dzieci, w telewizorze było tylko półtora programu, a i to w okrojonych godzinach. Kiedy więc pojawiły się jakiekolwiek audycje podróżnicze, czy przyrodnicze, to oglądał je z zapartym tchem. Szczególnie lubił te programy, które w najbliższy możliwy sposób ocierały sie o egzotykę. Pieprz i Wanilia, czy Morze były pełne kolorów nawet, gdy były oglądane na Neptunie 424. A gdy zaczęły się inne programy... i gdy w domu pojawił się nowy, kolorowy, telewizor - świat stanął przed Tatusiem-Bajarzem otworem, a wyobraźnia rozpoczęła ucztę.
Któż nie marzył o podróżach w dzikie i niepoznane strony i odkrywaniu nowych gatunków zwierząt i roślin. Obserwacja zachowań zwierząt w ich naturalnym środowisku to również niezapomniane przeżycie dla młodego badacza. I te wszystkie - zupełnie ludzkie - zachowania: prymitywne narzędzia z gałązek do łowienia termitów, czy z kamienia, którymi ptaki pomagały sobie przy rozłupywaniu orzechów. Cudowne i niezapomniane.
Ale dziś w domu Tatusia-Bajarza nie ma telewizora. I nawet nie można powiedzieć, że odczuwamy jego brak. Po prostu jest tak wiele czynników kradnących czas, że ten jeden można sobie darować. I nie brakuje też obserwacji - choć zamiast zwierząt wrażeń dostarczają Młody i Młodszy. I jest nawet ten rozpoznawalny głos Krystyny Cz. mówiący o tym jak...
Młodszy, początkowo niecierpliwie i dość chaotycznie, próbuje wspiąć się na kanapę. Niestety on sam jest niewiele wyższy od swojej przeszkody, a ledwie co rozwinięte mięśnie nie dają rady unieść jego niewielkiego ciężaru na tyle, by mógł się złapać i podciągnąć. Po kilku próbach wydaje z siebie okrzyk złości i chwilowej bezsilności. Rozgląda za kimś, kto pomógłby mu w tym zadaniu.
Młody, który tę sztukę opanował już w stopniu bardzo dobrym, przyjmuje postawę rodziców - jeśli nie potrafisz, to znaczy, że to jeszcze nie dla ciebie.
Odwraca się plecami do Młodszego i zajmuje się swoimi sprawami. Młodszy ponownie wydaje z siebie okrzyk. Rozgląda się i wkrótce jego zainteresowanie pada na dużą i twardą poduszkę. Przyciąga ją w pobliże kanapy i w ten sposób robi sobie schodek. Teraz już nie ma najmniejszego problemu z wejściem na kanapę.
Problem widzą - dumni, lecz zaniepokojeni - rodzice...
Któż nie marzył o podróżach w dzikie i niepoznane strony i odkrywaniu nowych gatunków zwierząt i roślin. Obserwacja zachowań zwierząt w ich naturalnym środowisku to również niezapomniane przeżycie dla młodego badacza. I te wszystkie - zupełnie ludzkie - zachowania: prymitywne narzędzia z gałązek do łowienia termitów, czy z kamienia, którymi ptaki pomagały sobie przy rozłupywaniu orzechów. Cudowne i niezapomniane.
Ale dziś w domu Tatusia-Bajarza nie ma telewizora. I nawet nie można powiedzieć, że odczuwamy jego brak. Po prostu jest tak wiele czynników kradnących czas, że ten jeden można sobie darować. I nie brakuje też obserwacji - choć zamiast zwierząt wrażeń dostarczają Młody i Młodszy. I jest nawet ten rozpoznawalny głos Krystyny Cz. mówiący o tym jak...
Młodszy, początkowo niecierpliwie i dość chaotycznie, próbuje wspiąć się na kanapę. Niestety on sam jest niewiele wyższy od swojej przeszkody, a ledwie co rozwinięte mięśnie nie dają rady unieść jego niewielkiego ciężaru na tyle, by mógł się złapać i podciągnąć. Po kilku próbach wydaje z siebie okrzyk złości i chwilowej bezsilności. Rozgląda za kimś, kto pomógłby mu w tym zadaniu.
Młody, który tę sztukę opanował już w stopniu bardzo dobrym, przyjmuje postawę rodziców - jeśli nie potrafisz, to znaczy, że to jeszcze nie dla ciebie.
Odwraca się plecami do Młodszego i zajmuje się swoimi sprawami. Młodszy ponownie wydaje z siebie okrzyk. Rozgląda się i wkrótce jego zainteresowanie pada na dużą i twardą poduszkę. Przyciąga ją w pobliże kanapy i w ten sposób robi sobie schodek. Teraz już nie ma najmniejszego problemu z wejściem na kanapę.
Problem widzą - dumni, lecz zaniepokojeni - rodzice...
Subskrybuj:
Posty (Atom)