14.5.18

Iluzja wciąż zwodzi.


Kolejny ciepły i przyjazny weekend przypomniał Tatusiowi-Bajarzowi o tym, że nie byłoby złym pomysłem zaplanować kilka wyjazdów na sezon letni. Jednak – jak to z Bajarzami bywa – zamiast w przód spojrzał w tył. A było gdzie patrzeć.

To nie jest Iluzja… to jest cała Farma Iluzji.

Na Farmę Iluzji wybraliśmy się po raz pierwszy ponad rok temu. Pogoda była piękna a szaleństwa nie chciały się skończyć. Pojechaliśmy tam całą rodziną w sobotę, a przez pół niedzieli słuchaliśmy jak Młody i Młodszy marudzą, że oni chcą wrócić...

Następnym razem postanowiliśmy rozpocząć iluzję odrobinę wcześniej. Tak się złożyło, że akurat odwiedzali nas wtedy Dziadkowie. Czary zaczęły się zaraz po śniadaniu, kiedy oznajmiliśmy dzieciom, że odwozimy Dziadków do domu. Euforia była raczej umiarkowana, bo wizja zwykłej, choć nieco wydłużonej, przejażdżki Familiobusem wcale nie zapowiadała szczególnych atrakcji. Odrobinę na nasze szczęście, Pociechy nie skupiają się za bardzo na trasie, którą zazwyczaj jeździmy, w związku z czym kompletnie nie zorientowały się, że jedziemy w zupełnie innym kierunku. Cień podejrzenia pojawił się w momencie, kiedy wjechaliśmy w las i kazaliśmy się przygotować do wysiadania. Wspomnienie z poprzedniej wizyty szybko wróciło a energia i euforia szybko wstąpiły w małe nóżki, które natychmiast pobiegły w stronę wejścia.

Szczerze mówiąc odrobina euforii wstąpiła również w nasze nogi i ruszyliśmy za Pociechami. Farma Iluzji co roku zwiększa ilość atrakcji, które oferuje swoim odwiedzającym. chcieliśmy skorzystać z jak największej ich liczby, jak również z tych, które znaliśmy z poprzedniej wizyty. 

Kiedy tylko przywitaliśmy się z kotem, zabawa zaczęła nabierać tempa. Najchętniej wszyscy rozbieglibyśmy się we wszystkie strony na raz, ale prawda była taka, że samo miejsce jest bardzo duże i prawdopodobnie nie byłoby nam łatwo odnaleźć się na czas. Dlatego jeszcze przez chwilę przetrzymaliśmy dzieciaki, markerem napisaliśmy im na rękach numery telefonów i ruszyliśmy.











Młody od razu znalazł sobie ściankę wspinaczkową, której pokonanie zajęło mu dosłownie chwilę. być może nawet zakładanie uprzęży trwało nieco dłużej. Nie chodzi tu jednak o czas, ale o fakt, bo radość już na wejściu była ogromna. Tatuś-Bajarz i Dziadek zajęli się przygotowywaniem posiłku. Nauczeni poprzednią wizytą, wiedzieliśmy, że będzie można tu skorzystać z ogniska i grilla. Druga sprawa to oczywista dla każdego rodzica prawda, że małe brzuszki, kiedy zgłodnieją, robią się bardzo niecierpliwe.

Ukochana z Babcią i resztą ferajny ruszyła zaś na podbój farmy.









Tu - co muszę przyznać jeszcze z małym nerwem - był mały zgrzyt, o czym za chwilę (tym bardziej, że nie wynikał on z zasad funkcjonowania tego miejsca). Dzieci korzystały z wszelkich karuzel, łódek, kolejek i baśniowych domków praktycznie do woli i do przesytu. Młodsze Pociechy wędrowały z Ukochaną i poznawały owe zaczarowane krainy, zwierzyńce i polowe instrumenty. Młody zaś, zabrał Babcię w część nieco bardziej naukową, w której znajdowały się też różne iluzje optyczne. Pułapki laserowe, zaburzenia perspektywy, głowy ucinane przez lustra i podawane na tacy... ot takie tam smaczne różności. Babcię pokonał jednak wirujący tunel (Tatusiowi-Bajarzowi także wyłączył on błędnik rok wcześniej). Postanowiła nie korzystać z tej atrakcji i poczekała na Młodego na zewnątrz. On tymczasem zaraz po opuszczeniu obiektu beztrosko Babci urwał się.




Pozwólcie, że pominę w tym miejscu wszelkie niemiłości, które pojawiły się w wyniku tego zdarzenia na płaszczyźnie komunikacyjnej pomiędzy Tatusiem, Babcią a Młodym. Nawet jeżeli ktokolwiek z Was uważa, że to tylko dziecko, i że trzeba zrozumieć, bo one zawsze będą miały takie dążenia do niezależności, musi też zrozumieć, że i rodzic ma prawo do emocji, a wrzask jest jedną z najmniej inwazyjnych form wyrażenia ich. 

W każdym razie, okazało się, że w tym krótkim czasie, kiedy Młody był na Gigancie zdążył przejść - dosłownie - na drugi koniec Farmy. Udało mu się pokonać Małpi Gaik, Szlak Trapera, a nawet Tajemniczą Kopalnię. Udało się go odnaleźć dopiero przy mini łódeczkach. 
Wiem, że takich sytuacji nie da się uniknąć i mam szczerą nadzieję, że obsługa Farmy jest wyczulona na to, że mogą się one pojawić. Przede wszystkim jednak nie uchylam się od faktu, że największa odpowiedzialność leży na rodzicach i opiekunach. Nie mniej jednak bardzo zastanawia mnie ta kopalnia. O tym, że Młody ją odwiedził, dowiedzieliśmy się później, gdy sami tam poszliśmy, a on "już wszystko wiedział". Jest to miejsce, które odwiedza się małymi grupami, bardzo klimatyczne i odrobinę klaustrofobiczne. Łatwo też dać się tam zgubić, a tymczasem on "podłączył" się do jakiejś rodziny, która wybrała się na zwiedzanie i zignorowała fakt, że ktoś jeszcze z nimi wchodzi. 



Mam wrażenie, że jest to część większej społecznej obojętności, w której dorośli boją się zwrócić uwagę obcemu dziecku, ale to nie na dziś i nie tu.



W każdym razie, po odnalezieniu, Młody miał chwilowy szlaban. Później i już po posiłku

ruszyliśmy dalej. Po raz kolejny zostaliśmy prawie do samego zamknięcia (a trzeba było jeszcze odwieźć Dziadków). Prawdopodobnie nie udało nam się skorzystać ze wszystkich atrakcji. Ale Tatuś-Bajarz nie mógł sobie odmówić wyrównania rachunków z poprzedniej wizyty. Na strzelnicach nie było najmniejszych problemów, za to na Segwayu... cóż...




Rok wcześniej wyglądało to tak, że najpierw to Tatuś-Bajarz przejechał się na segwayu, a cokolwiek później, to segway przejechał się po Tatusiu-Bajarzu. W tym roku, już prawie miałem powiedzieć, że "Segwaye to mi z ręki jadły" jak te Fiordy, ale Ukochana ostudziła moje zapędy i powiedziała, że jeśli nie zrobię jeszcze trzech kółek, to nic się nie zmieniło...


...więc, jakby wam to powiedzieć. Frajda na Farmie jest niesamowita, ale niedosyt pozostaje. Chce się więcej...

Zdecydowanie będzie planowanie.

23.3.18

Życie nie jest czarno-białe - bajka dla dorosłych.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek ten temat zawita na stronach bloga Tatusia-Bajarza, i że tak bardzo będę chciał się na ten temat wypowiedzieć. Nie sądziłem, bo uważałem, że mnie nie dotyczy i przez to powinienem pozwolić na mówienie samym zainteresowanym. Ale to tak nie działa i już po raz drugi widzę, jak temat zaostrzenia przepisów o aborcji dzieli moich znajomych.

Dzień zaczął się jak każdy #CzarnyPiątek - od wojny na komentarze na ściance FB. znajomi skrzykiwali się w grupy, gdzie i kto i z kim i kiedy... Inni - nieco prześmiewczo - że oni to sobie w domu popatrzą, jak Stoch wygrywa, bo nagle się zrobiło luźno i nikt nie zwraca na to uwagi, albo, że oni to wolą #BiałyPiątek...

Jedni krzyczą na drugich, że zabiera im się prawo do wyboru, a drudzy im odpowiadają, że to dlatego, że ci pierwsi chcą tylko zabijać. I kiedy tak przez całe życie wierzyłem, że otaczam się ludźmi, którzy potrafią rozmawiać ze sobą i zachowywać dystans, nagle ujrzałem jednostki całkowicie zamknięte w swoich przekonaniach i absolutnie niezdolnych do przyjęcia pod rozwagę argumentów drugiej strony. To nie było dobre.
Czy to świat się zmienił, czy ja, a może moi znajomi?
Być może nawet po tym wpisie stracę kilkoro z nich...

Patrzę na to i marzę o tym, żeby to był #SzaryPiątek, i żeby obie strony dały radę ze sobą porozmawiać - dla dobra wszystkich. Bo szczerze mówiąc - i proszę wybaczyć mój, coraz bardziej parlamentarny, język - wkurwia mnie to, jak bardzo to wszystko dzieli, zamiast łączyć.

A argumentów mam kilka. I choć zawsze mi się wydawało, że nawet, jeśli je powiem, to i tak nic to nie zmieni, bo do nikogo to nie dotrze, to jednak jeśli nie spróbuję, to sam będę się czuł współwinny tej sytuacji.

Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że TAK - jestem osobą wierzącą, ale w tej sytuacji to nie ma żadnego znaczenia, bo mierzi mnie akcja #BiałyPiątek - jako użycie modlitwy w kontekście politycznym. Dla mnie to faryzeizm. Módlmy się za mądre decyzje, za zdrowie i za szczęście - ale róbmy to dla modlitwy, nie dla fleszy.

Z kolei #CzarnyPiątek z całkowitym najazdem na KK - sorry - ale gdzie poczucie etyki i własne sumienie. Nie trzeba chyba chodzić do kościoła, by odróżniać dobro od zła.

Niemniej jednak zgadzam się z tymi drugimi jeśli chodzi o możliwość dokonania wyboru. Sprawa aborcji nie jest sprawą prostą i zero-jedynkową, ale oba protesty właśnie taką ją czynią.
"Biali" powinni zrozumieć, że posiadanie możliwości wyboru nie równa się podjęciu decyzji o aborcji, a "Czarni", że zamiast prostego i głośnego "NIE" - warto przedstawić jakieś rozwiązania.

Rząd zaś - zwłaszcza taki odwołujący się do historii Polski i Polaków - powinien pamiętać, że zakazy w tym kraju zazwyczaj nie prowadzą do niczego dobrego. Zamiast tego, lepiej wyedukować. Nie bać się tego tabu, jakim jest na przykład antykoncepcja.
Jeśli ktoś ma stanąć przed decyzją, czy dziecko usunąć, czy nie, bo od tego będzie zależał komfort życia, bo zmniejszy się przestrzeń życiowa, bo płeć nie jest taka, jak sobie wymarzyli rodzice, to ja uzasadnienia dla zabiegu nie widzę. Bądźmy dorośli odpowiedzialni. Po to właśnie są metody zabezpieczania się. Jeśli nie chcecie mieć dzieci, to starajcie się zapobiegać, a nie "leczyć"

Oczywiście nie mówię o przypadkach ciąż pochodzących z gwałtów. W tym wypadku (może już tak jest i to byłoby super) uważam, że najlepszym kompromisem byłoby wprowadzenie procedury, w której ofierze podawana jest pigułka "dzień po". Życie, które mogłoby powstać w wyniku takiego czynu, byłoby, moim zdaniem, największą ofiarą całego zdarzenia i uważam, że tu nie ma o czym więcej dyskutować.

Jeśli jednak - zabawa była obopólna, ale efekty psują wam komfort - sorry - mojego zrozumienia nie znajdziecie.


Druga sprawa to dzieci, które mogą się urodzić chore. W tym wypadku bardzo często wystarczy, że rodzice usłyszą, "down" i czują się już jak skazani na dożywocie. Boją się o dziecko i o siebie, a także o to, że państwo im za bardzo nie pomoże. I tu znowu jest pole do popisu właśnie dla państwa.
Nie zakazujcie. TO do niczego dobrego nie doprowadzi. Zamiast tego pozwólcie rodzicom dowiedzieć się czegoś więcej na temat choroby swojego przyszłego potomka. Być może jest to wersja łagodna tej choroby, być może wasze dziecko osiągnie pełną samodzielność i jeszcze będziecie dumni. Może warto byłoby zorganizować spotkania z rodzinami, którzy już wychowują takie dziecko i zaufać przyszłym mamom i tatom, że podejmą właściwy wybór.
Tymczasem rodzice boją się tego, że przy ciągłej opiece nie będą mieli za co żyć, że dziecko będzie cierpiało, że kiedyś ich przeżyje i kto się nim zajmie... boją się, bo Państwo nie udziela w tej kwestii jasnych i wiążących odpowiedzi, a częściej słyszy się o minusach niż o plusach.

Być może też warto czasem zaufać medycynie i jeśli ona twierdzi, że dziecko nie przeżyje, albo będzie bardzo cierpiało przed śmiercią, to trzeba by się zastanowić, czy bardziej ludzka jest ochrona życia, czy ochrona przed cierpieniem i torturą.


Nie ma białego, czy czarnego - czytam relację i widzę, że wszyscy są aż buraczkowi z emocji.


Tutaj nie ma też jednoznacznie dobrego wyjścia, ale tak skonstruowany zakaz to błąd. Nie możecie ludziom zabierać wyboru. Możecie ich nauczyć czegoś więcej, zanim zaczną wybierać. I to może być właściwa droga.


Pieprzony #SzaryPiątek

17.2.18

SOR z Marchewulą

Sprawa jest bardzo świeża, a rany - w pewnym sensie - jeszcze się goją.

Kilka dni temu Młodszy wrócił z przedszkola z nosem co nieco spuszczonym na kwintę. Okazało się, że w niewyjaśnionych okolicznościach Pan Marchewula, z którym Młodszy spędza dużo przedsennego czasu, został poszkodowany.
Młodszy potrafi spędzić dzień lub dłużej bez kontaktu z Marchewulą, ale świadomość, że coś mu się stało, czyni to niemal niemożliwym.
I teraz powiedzmy sobie po męsku - każdy potrzebuje czasem kogoś takiego. Kogoś do wygadania, wyściskania, a czasem także do rzucenia o ścianę w złości na cały świat. Po to właśnie stworzono pluszowe misie i wszelkie ich pochodne.

Pan Marchewula doznał otwartego wybicia (wyprucia) stawu barkowego z prawdopodobnym przemieszczeniem. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze...

 
Nie było czasu do stracenia. Pluszak cierpiał, wata uciekała przez palce, a oczęta Młodszego zaczynały wilgotnieć. Tatuś-Bajarz przygotował niezbędne narzędzia, i choć Marchewula nie wyglądał na zadowolonego, trzeba było przystąpić do ratowania naderwanej kończyny.









Po długiej i męczącej walce z własnymi słabościami oraz czasie potrzebnym na przypomnienie sobie umiejętności związanych z precyzyjną chirurgią kosmetyczną pluszaków, Tatuś-Bajarz mógł wypuścić pacjenta do domu. Wprawdzie czeka go jeszcze chwilowy czas rekonwalescencji, ale wychodzi na to, że wszystko zakończy się dobrze. 




Najważniejsze, że Młodszy odetchnął z ulgą...

29.1.18

Jak sprawić, żeby dorosły facet się popłakał...

Chyba nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że wszyscy nosimy maski. Być może Gombrowiczowskie określenie "gęby" byłoby bardziej na miejscu. Ten drugi termin jest o tyle bardziej na miejscu, że wprost zakłada zwodzenie i uzyskanie jakiegoś konkretnego efektu. Gęba jest bardzo aktywna.

Maski zakładamy, gdy chcemy coś ukryć, a może coś wybadać - jakąś osobę, bądź sytuację. W takim założeniu Maska wydaje mi się bardziej pasywna..., ale może tylko dzielę włos na czworo. Tak czy inaczej, chodzi o te krótkie chwile, kiedy nie jesteśmy w 100% sobą. O te białe kłamstewka stosowane, kiedy babcia pyta, czy smakowało nam to ciasto, bo ona sama uważa, że jej nie wyszło (a przecież wszyscy uwielbiamy zakalce). Podobnie ma się rzecz z zachowaniem na pierwszej randce, kiedy wywarte wrażenie jest szczególnie ważne. I wreszcie... to samo dotyczy rodziców, którzy pilnują języka przy dzieciach i uczą ich pewnych zasad z pełną świadomością pełzającej między słowami hipokryzji - "jak dorośniesz, to zobaczysz". Krótko - wszyscy nosimy maski.

Tatuś-Bajarz (maska, a jakże!) właśnie zdał sobie sprawę, że z wielu jego wpisów można wyciągnąć wnioski o idyllicznym charakterze życia, które opisuje. Tymczasem wcale tak nie jest. Nie zawsze jednak czuję potrzebę, by o tym pisać. A czasem, jeśli taka potrzeba jednak się pojawi, pozwalam jej wziąć kilka głębszych oddechów i zazwyczaj sama odchodzi.
Niemniej jednak bywa smutno, nerwowo, a nawet kłótliwie. Z takimi sytuacjami też trzeba umieć sobie poradzić.

Ostatnia niedziela miała być pierwszym, od bardzo długiego czasu, spokojnym i rodzinnym dniem. Niestety było nieco inaczej. Tatuś-Bajarz (w masce, o której rzadko wspominam - masce dyscyplinatora) był już bardzo zmęczony, a jego nerwy były napięte do granic możliwości. I to się uzewnętrzniało. Miał świadomość, że być może jest dla Młodego i Młodszego odrobinę zbyt surowy. Ba... oberwało się także i Młodej. Muszę jednak całkiem uczciwie zaznaczyć, że obaj starsi, rozpuszczeni feriami i dodatkowymi atrakcjami, mocno pracowali nad tym, by ojcowskie nerwy pozostawały w stanie ciągłej atencji. Młoda natomiast nie miała najmniejszych oporów przed braniem z nich przykładu. Dość powiedzieć, że kilka siniaków oraz wiele decybeli wylanych łez później, lekcja nie została odebrana.
Wieczorem zaś przyszedł czas na rozliczenie dnia i decyzję, czy będzie bajka-nagroda. Wszyscy czuli, że wynik nie będzie satysfakcjonujący dla żadnej ze stron. Jednakże to Ukochana przeważyła szalę (właściwie to jej argumenty to zrobiły i mam nadzieję, że wybaczy mi to niefortunnie użyte sformułowanie). Nagroda miała być, ale najpierw należało wysprzątać pokój.
Młodzież entuzjastycznie pobiegła zrobić, co trzeba i nie minęły nawet trzy minuty, gdy usłyszałem:

- Tatooo... katastrooooofaaaa!!

Nikt nie płakał, więc byłem przekonany, że jest to katastrofa o charakterze raczej materialnym, niż wymagającym medycznej interwencji. Kiedy wszedłem do pokoju Młody pokazał mi wyrwane drzwiczki od szafki tłumacząc, że trochę za mocno nimi trzasnął (on ma 7 lat!). W tej chwili, po całym dniu, byłem gotów zagwizdać jak czajnik z wrzątkiem. Tak bardzo byłem zły... może nawet wściekły. Po chwili jednak uznałem, że lepiej będzie nic nie mówić i wyszedłem z pokoju bez słowa. absolutnie nie miałem ochoty nic z tym robić - nie w tamtej chwili. Wtedy katastrofę ujrzała Ukochana. Stanowczo zabroniła dzieciom ruszać szkody i powiedziała, że tata zaraz to naprawi.

No i cóż ja mogłem?

Wziąłem wkrętarkę i wróciłem do małego pokoju. Kiedy w milczeniu kombinowałem co zrobić, żeby dało się naprawić to ikeowskie rozwiązanie, usłyszałem, jak za moimi plecami Młodszy mówi:

- Szafka się zepsuła. Ale mój tatuś, superbohater, zaraz ją naprawi...


KURTYNA


Tatuś-Bajarz - majsterkowicz, w masce Tatusia-Bajarza - dyscyplinatora, na jednym wdechu dokończył naprawę szafki, po czym chyłkiem wyszedł z pokoju. Musiał natychmiast zmienić maskę, bo w tej nagle bardzo mu się oczy spociły.

4.11.17

Gdy za oknem plucha (Półka z pudełkami na nietypowe okazje).

Tak się dziwnie złożyło, że w szkole Młodego Pan Dyrektor, w sposób wręcz ekwilibrystyczny, skorzystał z przysługującego mu prawa do ustalenia dni dyrektorskich. Dwa dni tu... Dwa dni tam... i w efekcie mamy dziewięciodniowy weekend. Większość odpytywanych z tej okazji rodziców wyraziła swoją "ogromną radość" i szczerą ochotę udostępniania telefonów do pracodawców, by Pan Dyrektor mógł również im zapewnić weekend o tej samej długości w tym samym czasie...

Jednakże, zgodnie z przysłowiem, darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, zatem i Tatuś-Bajarz postanowił nie narzekać (za bardzo), zanim mleko się jeszcze rozleje. Bądźmy dobrej myśli.

Weekend trwa. I jak na razie z dobrej myśli mamy:

- Orkan Grzegorz
- Ogólną mokrość
- Rotaatak na Młodego w poniedziałek
- Rotaatak na Młodszego we środę
- Nieuzasadnione i nieposkromione poirytowanie Młodej
- Kolejny rotaatak we czwartek...
- i w piątek...

...i pogodę, która nie zachęca do spacerów. Nawet bułki się spaliły, a z makaronu wyszły... kluchy.

Nie jest jednak tak tragicznie. Można przecież spędzić trochę czasu z rodziną. Nie puścimy latawca (choć pewnie byłoby to całkiem ciekawe doświadczenie), nie pogramy w piłkę i nie poleniuchujemy w ogródku, ale... Pociechy całkiem znacząco patrzyły na półkę, na której Tatuś-Bajarz trzyma różnego rodzaju pudełka na zupełnie nietypowe okazje. Tym razem jedno z nich zawierało grę "Imionki" (tak, zamieszczam link, bo to całkiem przyjemna gra i może też będziecie chcieli się z nią zaprzyjaźnić).

Okazało się, że to bardzo prosta, ale wciągająca gra. No i bardzo żywiołowa - w takich rodzinnych kategoriach... i może jeszcze troszkę taka... głośna.

Imionki to gra karciana, która rozwija pamięć i wyobraźnię, no i mamy tu do czynienia z potworami.
Krótko mówiąc - mamy tu talię składającą się z kilku rodzajów potworzaków. Każdemu z nich należy nadać imię. Już na tym etapie mogę spokojnie powiedzieć, że inwencja Pociech w tej kwestii nie ma absolutnie żadnych granic i trafiały się Imiona tak absurdalnie abstrakcyjne, jak i boleśnie trafne i rzeczowe. Brzmi prosto, prawda?


I teraz gramy dalej, talia przewija się dalej, pojawiają się nowe stwory i nowe przezwiska, aż nagle pojawia się znajoma twarz (?) i tu zaczynają się schodki, bo ten z graczy, który jako pierwszy przypomni sobie jego imię zbiera wszystkie karty ze stołu...

Gra zapakowana jest w odrobinę za duże pudełko, ale dzięki temu będzie można dopakować do środka jeszcze kilka innych drobiazgów, takich jak prosta plansza, pionki, czy kostka i zabrać ją ze sobą na rodzinny wyjazd.

Tatuś-Bajarz popatrzył na półkę z pudełkami na nietypowe okazje i tak sobie pomyślał, że jeszcze na kilka dni pluchy jesteśmy bezpieczni.

10.2.17

3.2.17

O rozmawianiu ze ścianami i pomaganiu w domu.

Tatuś-Bajarz usiadł w kawiarni. Był bardzo zmęczony. Każdy rodzic ma chyba taką chwilę, kiedy cały dzień zwala mu się na głowę z mocą tygodnia, kiedy irytacja bierze górę nad wszystkim, a rozmowa z dzieckiem przypomina mówienie do ściany. A Tatuś-Bajarz nie potrafi już rozmawiać ze ścianami.

Kiedyś... to było co innego. Rozmawiał z nimi czasem. Czasem długo i bardzo osobiście, a innym razem rzucał im kawałek czegoś soczystego do słuchu... A one słuchały i rozumiały i... nie odchodziły nigdzie strzelając fochem i wołając mamę.

Ale potem pojawiła się Ukochana i Tatuś-Bajarz nie musiał już rozmawiać ze ścianami. Gorzej... całkowicie utracił taką umiejętność, ale na długi czas również i taką potrzebę. Siorbiąc cichutko czarną kawę pomyślał sobie, że może jednak teraz przydałaby mu się ta umiejętność. Bo ściany, proszę szanownych Państwa, mogą mieć różne formy.

I tak życie mija Tatusiowi-Bajarzowi w pośpiechu większym lub mniejszym z wszelkimi radościami i dolegliwościami rodzicielstwa i okazyjną kawą na wynos.

Tymczasem po sezonie gwiazdkowym, połączonym z sezonem chorobowym Młody i Młodszy ewidentnie weszli w tryb "phi", Tryb ten charakteryzuje się tym, że czasem niemożliwym jest dotarcie do używającej go jednostki, ponieważ ta komentuje każdy przekaz cichym "phi", po czym odwraca się i wolnym, wręcz ostentacyjnym krokiem odchodzi ukazując rodzicowi całą okazałość i piękno swoich pleców (to Młody), lub mrugając błękitem oczu uśmiechają się słodko i podejrzanie niewinnie, by zaraz potem odtuptać na z góry upatrzone pozycje (to Młodszy).

No tak. Trzeba to znieść, prawda? Każdy Ci to powie. No więc żeby to znieść, Tatuś-Bajarz poszedł na kawę, gdzie mógł sobie spokojnie popracować. Ukochana została w domu z Pociechami i tak doszliśmy do miejsca, w którym zaczyna się ta krótka opowieść.

Krótka - bo kiedy Tatuś-Bajarz popijał kawę i zastanawiał się, kiedy trybem "phi" zarazi się również Młoda (jakby nie było zapatrzona w braci) i czy przypadkiem nie nastąpi to jeszcze zanim pojawi się właściwa mowa, dostał od Ukochanej SMSa, w którym przeczytał, że córcia pilnie pomaga mamie.

- No tak - pomyślał (i napisał w odpowiedzi) Tatuś-Bajarz. - ja tu się głowię, jak tu się dogadać cokolwiek, z chłopakami, a u Was pełna solidarność jajników, taaaak?

- No bez przesady - napisała Ukochana - córcia tylko wstawiła pranie.