24.5.14

Deglutyzator - podejscie trzecie.

Słońce pięknie ostatnio świeci na niebie, ale nad domkiem Tatusia-Bajarza przelatują drobne chmurki. Młody i Młodszy postanowili sobie zakatarzyć. O ile Młody jest względnie samobieżny i (jeszcze względniej) samodzielny i najgorsze co może zrobić, to rozsmarować wszystko w bliżej nieprzybliżalnych okolicach, o tyle Młodszy jeszcze nie przyswoił sobie idei dmuchania nosa. Nos trzeba wydmuchać za niego.

I tu na scenę (ponownie) wychodzi deglutyzator . Cóż tu dużo ukrywać - zdążyłem się już trochę oswoić z tym piekielnym narzędziem i teraz podchodzę do tej czynności nieco spokojniej. No a Młodszy?

Pomyślmy... i wyobraźmy sobie, że leżymy sobie beztrosko i tylko ćmienie głowy spowodowane zapchanym nosem psuje nam radość z dnia. I wtedy pochyla się nad nami ktoś cztery... pięć razy większy od nas i wkłada nam do nosa rurę od odkurzacza.

Być może właśnie dlatego Młodszy płacze, a czasem zaciska mocno buzię (zupełnie jak Tatuś-Bajarz u dentysty). Ale co robić?

Inna sprawa, że deglutyzator, jak to odkurzacze, działa na zasadzie ssania. Bujna wyobraźnia podpowiadała Tatusiowi-Bajarzowi obrazy, na których udało mu się przenicować Młodszego na drugą stronę - w wyniku braku dostępu powietrza do wnętrza... Ale rzeczywistość nie jest aż tak straszna. Jakkolwiek - jest wymagająca, bo trzeba czteromiesięcznemu berbeciowi przetłumaczyć, że buzia musi być otwarta (zupełnie, jak Tatusiowi-Bajarzowi u dentysty). Kiedy już ją otworzy powietrze ma się którędy dostać i dziecko powinno być bezpieczne.

Trzeba też zwalczyć w sobie ten dylemat, co będzie silniejsze - obawa przed wystraszeniem Pociechy, czy chęć niesienia pomocy zapchanemu noskowi.

A w te klocki Tatuś-Bajarz nigdy zbyt mocny nie był... no jakoś tak... jakoś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz