27.6.19

Dracarys...- żar z nieba.

Kilka ostatnich dni przypomniało mi wczesne sezony pewnego serialu - a konkretnie czasy, kiedy smoki były jeszcze modne. Ich czkawka, czy może raczej efekt zgagi w postaci strumienia ognia, bez wątpienia doskonale wpisuje się w obraz za oknem. Nie zmienią tego nawet krople przelotnego deszczu. I to przypomniało mi o jednym, bardzo ważnym smoku...

Smoku Wawelskim

Smok Wawelski pojawił się w naszym domu, jako efekt wizyty na Warszawskich Targach Książki i został sprezentowany Kjujewnie - czyli Młodej. Możliwe, że był to jeden z pierwszych przypadków w historii, kiedy to Smok był prezentem, dla Młodej Damy, a nie ona przekąską dla niego. Ponieważ Tatuś-Bajarz jest niepoprawnym molem książkowym i z imprezy w stylu WTK z pustymi rękami nie może wrócić, a ponieważ Młoda nie czyta jeszcze samodzielnie, to i niespodzianka dla niej musiała mieć nieco inny charakter. Po wizycie na stoisku #Granna wybór padł na grę i to jest właśnie rzeczony smok. Portfel przeszedł na chwilową dietę, a w głowie pojawiła się nadzieja na chwilę zabawy z Pociechami.

Zapewne zdajecie sobie sprawę, że tak zwane gry planszowe już dawno wybiegły poza trudność "Chińczyka", a ich "planszowość" również bywa już terminem czysto hipotetycznym. W tym wypadku mamy do czynienia z grą w formie 3D. Młoda z niecierpliwością wyciągała wszystkie elementy z pudełka, a następnie wyciągała poszczególne komponenty z wyprasek.

Dygresja
wypraski pozostały w pudełku. Okazuje się, że doskonale się nadają do odrysowywania postaci na czystych kartkach. Później można je sobie porysować, pokolorować i mieć dodatkową frajdę.

Kiedy już wszystko, co dało się wyciągnąć i wycisnąć, leżało na podłodze, Młoda spojrzała na Tatusia-Bajarza, a błękit oczu pytał "Co teraz?"
Złożyliśmy smoka - Królewna nie drżała z niepokoju.
Ułożyliśmy biedne zwierzątka na łące przed gadem - Kjujewna klasnęła w ręce.
Banda sześciu rycerzy obsiadła bestię od strony ogona - Młoda dama krzyknęła "Ja pierwsza!"

Graliśmy razem z Młodym i Młodszym.



Dygresja nr 2
zasady są całkiem proste. Rzucasz kostkę (sześć ścian o różnych kolorach) i decydujesz, czy ratujesz rycerza (ponowny chichot historii, o czym za chwilę), czy może jednak dokarmiasz bestię. GRANNA zadbała o to, by w grze nie było przegranych, ale nie oznacza, to, że brakuje tu interakcji. 

Jak być może pamiętacie z historii o smoku krakowskim, pożerał on niewiniątka na śniadanie, obiad i kolację, do czasu, gdy pewien szewczyk...
No cóż.
Zadaniem graczy jest w tym wypadku doprowadzenie do tego, by smokowi zachciało sie pić. Pociechy, z różnym stopniem entuzjazmu, zabrały się to za ratowanie rycerzy (Kjujewna - par excellance uprawniona do bycia ratowaną - wolała dokarmiać biedną i wychudzoną gadzinę, choć raz, czy dwa ułaskawiła była i jakiegoś wojaka). Instrukcja nakazywała wykonywanie swoich działań wyłącznie jedną ręką i choć wydawało się to dziwne, to cała tajemnica się wyjąśniła, gdy wszyscy złapali się za głowy, a smok... runął na pysk (do Wisły). Okazało się, że zadziałała najprostsza fizyka i to co smok miał w paszczy przeważyło odciążony ogon i  była niespodzianka. Wybaczcie ten spoiler, ale pierwsza rozgrywka i reakcja Pociech na jej finał to najlepsza nagroda, jaką w tamtym czasie mogłem sobie wyobrazić. Kjujewna po chwili uśmiechniętego strachy przyklasnęła i zakrzyknęła "Jeszcze raz!"

Gdy później tego dnia Ukochana wróciła do domu, Młoda już od progu poinformowała ją o swoim nowym pupilu i nie było "przeproś" - nowy gracz musiał siąść do rozgrywki.

Rycerze i zwierzęta są różnych rozmiarów i kiedy dziecko zapyta "A dlaczego to się przewraca?" nie pozostaje nic innego, jak zachęcić do sprawdzenia w jakich warunkach i ustawieniach tak się dzieje. Okazuje się, że smok może "skoczyć do Wisły" (tak to się teraz nazywa) jeszcze przed usunięciem wszystkich rycerzy, lub poczęstowaniem wszystkimi zwierzętami.

Młoda jeszcze przez kilka dni zaganiała wszystkich domowników do gry w "Jej smoka" i tak naprawdę to właśnie jest główny powód, dla którego mówię wam o grze. Ech... ten uśmiech i błysk w oku...

1.1.19

Opowieść (około)Wigilijna

Było to całkiem dawno temu, choć może niezupełnie, bo przecież raptem miesiąc minął. W każdym razie było to całkiem daleko, bo aż na drugim końcu miasta...

No ale na pewno zdarzyło się to bardzo późno, bo wszyscy ukradkiem chcieliśmy ziewać.

A zdarzyło się, że zebrało się trzech tatusiów i zaczęli opowiadać bajki. Tak naprawdę, to opowiadali o bajkach, które sami wymyślają i przedstawiają swoim pociechom. Mówili długo i szczerze - o tym, czy warto, jak zacząć, jak się nie poddać, jak sprostać wymaganiom młodych słuchaczy i jak przeżyć opowiadanie historyjek swoim dzieciom. Samo spotkanie zostało sprowokowane i poprowadzone przez Marcina - Super Tatę, który zaprosił nas w gościnę podczas swojej premierowej audycji w Polskieradiodzieciom.pl

Drugim gościem był Pan Poeta, który uwielbia tworzyć (i opowiadać) wierszem. Z całej naszej trójki, to właśnie on ma chyba największe praktyczne doświadczenie wybiegające także poza własne prywatne audytorium.

No i sobie porozmawialiśmy.
Oczywiście nie spieraliśmy się o to, czy trzeba opowiadać. Wszyscy zbyt dobrze wiemy, że dzieci za bardzo to lubią. Skupiliśmy się raczej na samym warsztacie. Wymieniliśmy się wskazówkami dotyczącymi tego, jak tworzyć (lub aranżować już istniejące) bajki. Pod lupę wzięliśmy standardy i obowiązkowe elementy, które muszą się znaleźć w takiej produkcji. Szczególne względy zwróciliśmy na przesłanie bajki oraz na wymogi jej odbiorcy. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że intonacja (oraz towarzysząca jej zabawa formą) jest szczególnie istotna i warto ją ćwiczyć, a inspiracji należy szukać wszędzie, a najbardziej w sobie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dziecko znów poprosi o bajkę.

Efektu tego spotkania możecie posłuchać na stronie polskiego radia - o tutaj. Gorąco zachęcam.