24.7.19

Jedna sekunda... i już za późno.

Są chwile gdy wydaje mi się, że nie nadaję się na Rodzica - pomyślał Tatuś-Bajarz.

Pociechy rosną jak na przysłowiowych drożdżach, stają się coraz bardziej mobilne, autonomiczne i coraz częściej podejmują (lub próbują podejmować) samodzielne decyzje - zazwyczaj sprzeczne z sugestiami Tatusia-Bajarza  lub Ukochanej. Młodość (również ta młodsza) ma przecież swoje prawa. Czasem jednak trzeba być twardym i odrobinę surowym, by móc ochronić dzieci przed ich własną głu... przed brakiem doświadczenia. Nauka na błędach fajnie wygląda na papierze, w jakiejś książce, ale w życiu... już nie jest tak kolorowo. Dlatego z ust Tatusia-Bajarza słychać czasem:
- zejdź z tego
- nie skacz tam
- czy na pewno chcesz to zrobić
- przestań go dusić
- nie, nie możesz wejść na barierkę
i wiele innych uważajek.

I chciałbym, żebyście nie pomyśleli sobie źle. Wyobraźnia Tatusia-Bajarza jest bardzo sprawna i nigdy nie miał on najmniejszych złudzeń, że wszystkich zagrożeń nie da się uniknąć i Pociechy na pewno wynajdą coś, o czym on by nie pomyślał. Jednakże czuł, że jego obowiązkiem jest chronić dzieci, przed tym, co znane. Możecie się z tym nie zgadzać - ale to jego dzieci i jego decyzja.

Nie można jednak dzieci tylko strofować, więc kiedy na placu zabaw Młodszy wszedł na bujawkę (taki wynalazek na sprężynie, który badziej przypomina kreskówkowe narzędzie tortur niż zabawkę), Tatuś-Bajarz tylko wziął oddech i postanowił tym razem nie krzyknąć. Co by to zmieniło, skoro Młodszy i tak by go nie posłuchał - za dobrze się bawił - a przy okazji wystraszyłaby się Młoda, która właśnie angażowała Tatusia do napędzania huśtawki.

- Żeby tylko mu się nic nie stało - pomyślał Tatuś-Bajarz - kiedy zobaczył Młodszego zeskakującego z bujanego rowerka. Skok w dal nie wyszedł zgodnie z planem. Noga zaczepiła o urządzenie i akrobata poleciał do przodu na łeb i... ręce. Obrócił się zaraz z krzykiem:

"Ręka mi się wygieła!"

Wszystko co potem się działo, było jednocześnie bardzo szybkie i bardzo rozciągnięte w czasie. Ręka nie była wygięta, ale łokieć wyglądał na dwa razy szerszy. Młodszy kwękał, że nie chce do szpitala, i że boli, ale tak naprawdę nie płakał. Trochę krzyczał, trochę kwękał, ale nie płakał. Był o wiele bardziej dzielny, niż jego ojciec.

Dziecko na ręce i biegiem do najbliższej poradni - lekarz - decyzja o transporcie - jazda na sygnale - izba przyjęć - rtg i decyzja: potrzebny zabieg... Lekarz nie widział powodu, by owijać w bawełnę. I dobrze.

Młodszy zapłakał troszeczkę dopiero wtedy, gdy okazało się, że bez szpitala się nie obędzie i że będzie musiał tu przez chwilę zostać.

Kiedy obudził się po zabiegu, przy jego łóżku był Tatuś-Bajarz. Była też Ukochana, która zdążyła już dojechać. Dopiero wtedy naprawdę się rozpłakał: że nie chciał, że zepsuł sobie wakacje, że chce do domu. Mnóstwo innych bardzo ważnych pięciolatkowych żali wyszło wtedy z ust Młodszego pomiędzy kolejnymi łkaniami. Tej nocy byliśmy z nim obydwoje (choć nie jesteśmy pewni, czy szpital na to pozwalał).

Przez dwa dni na twarzy Młodszego praktycznie nie można było zobaczyć niczego poza smutkiem, bólem i wyłączeniem. To był najdłuższy okres czasu bez ani jednego uśmiechu i zastanawialiśmy się z Ukochaną, czy i jak go to zmieni.

Humor poprawił się po wyjściu ze szpitala. Jednocześnie nadzieje, że wyciągnął z tego wydarzenia jakieś wnioski zaczęły się całkiem szybko rozwiewać. Z jednej strony chętnie zajmował sobie przestrzeń argumentując bolącą ręką, a z drugiej zaczynał się już wspinać na krawężniki, małe barierki i pytał, kiedy pójdziemy do "Małpiego gaju".

Z każdym dniem jest coraz bardziej sobą i wychodzi na to, że tylko Tatuś-Bajarz ma z tego powodu traumę. Skok Młodszego ciągle pojawia mu się przed oczami wraz z myślą, czy coś można było zrobić. A potem poczucie bezsilności... kurewsko bolesnej bezsilności...

Są chwile gdy wydaje mi się, że nie nadaję się na Rodzica - pomyślał Tatuś-Bajarz. - wiem, że bywam dla nich surowy, ale kiedy coś im się dzieje, to nie potrafię być twardy.

27.6.19

Dracarys...- żar z nieba.

Kilka ostatnich dni przypomniało mi wczesne sezony pewnego serialu - a konkretnie czasy, kiedy smoki były jeszcze modne. Ich czkawka, czy może raczej efekt zgagi w postaci strumienia ognia, bez wątpienia doskonale wpisuje się w obraz za oknem. Nie zmienią tego nawet krople przelotnego deszczu. I to przypomniało mi o jednym, bardzo ważnym smoku...

Smoku Wawelskim

Smok Wawelski pojawił się w naszym domu, jako efekt wizyty na Warszawskich Targach Książki i został sprezentowany Kjujewnie - czyli Młodej. Możliwe, że był to jeden z pierwszych przypadków w historii, kiedy to Smok był prezentem, dla Młodej Damy, a nie ona przekąską dla niego. Ponieważ Tatuś-Bajarz jest niepoprawnym molem książkowym i z imprezy w stylu WTK z pustymi rękami nie może wrócić, a ponieważ Młoda nie czyta jeszcze samodzielnie, to i niespodzianka dla niej musiała mieć nieco inny charakter. Po wizycie na stoisku #Granna wybór padł na grę i to jest właśnie rzeczony smok. Portfel przeszedł na chwilową dietę, a w głowie pojawiła się nadzieja na chwilę zabawy z Pociechami.

Zapewne zdajecie sobie sprawę, że tak zwane gry planszowe już dawno wybiegły poza trudność "Chińczyka", a ich "planszowość" również bywa już terminem czysto hipotetycznym. W tym wypadku mamy do czynienia z grą w formie 3D. Młoda z niecierpliwością wyciągała wszystkie elementy z pudełka, a następnie wyciągała poszczególne komponenty z wyprasek.

Dygresja
wypraski pozostały w pudełku. Okazuje się, że doskonale się nadają do odrysowywania postaci na czystych kartkach. Później można je sobie porysować, pokolorować i mieć dodatkową frajdę.

Kiedy już wszystko, co dało się wyciągnąć i wycisnąć, leżało na podłodze, Młoda spojrzała na Tatusia-Bajarza, a błękit oczu pytał "Co teraz?"
Złożyliśmy smoka - Królewna nie drżała z niepokoju.
Ułożyliśmy biedne zwierzątka na łące przed gadem - Kjujewna klasnęła w ręce.
Banda sześciu rycerzy obsiadła bestię od strony ogona - Młoda dama krzyknęła "Ja pierwsza!"

Graliśmy razem z Młodym i Młodszym.



Dygresja nr 2
zasady są całkiem proste. Rzucasz kostkę (sześć ścian o różnych kolorach) i decydujesz, czy ratujesz rycerza (ponowny chichot historii, o czym za chwilę), czy może jednak dokarmiasz bestię. GRANNA zadbała o to, by w grze nie było przegranych, ale nie oznacza, to, że brakuje tu interakcji. 

Jak być może pamiętacie z historii o smoku krakowskim, pożerał on niewiniątka na śniadanie, obiad i kolację, do czasu, gdy pewien szewczyk...
No cóż.
Zadaniem graczy jest w tym wypadku doprowadzenie do tego, by smokowi zachciało sie pić. Pociechy, z różnym stopniem entuzjazmu, zabrały się to za ratowanie rycerzy (Kjujewna - par excellance uprawniona do bycia ratowaną - wolała dokarmiać biedną i wychudzoną gadzinę, choć raz, czy dwa ułaskawiła była i jakiegoś wojaka). Instrukcja nakazywała wykonywanie swoich działań wyłącznie jedną ręką i choć wydawało się to dziwne, to cała tajemnica się wyjąśniła, gdy wszyscy złapali się za głowy, a smok... runął na pysk (do Wisły). Okazało się, że zadziałała najprostsza fizyka i to co smok miał w paszczy przeważyło odciążony ogon i  była niespodzianka. Wybaczcie ten spoiler, ale pierwsza rozgrywka i reakcja Pociech na jej finał to najlepsza nagroda, jaką w tamtym czasie mogłem sobie wyobrazić. Kjujewna po chwili uśmiechniętego strachy przyklasnęła i zakrzyknęła "Jeszcze raz!"

Gdy później tego dnia Ukochana wróciła do domu, Młoda już od progu poinformowała ją o swoim nowym pupilu i nie było "przeproś" - nowy gracz musiał siąść do rozgrywki.

Rycerze i zwierzęta są różnych rozmiarów i kiedy dziecko zapyta "A dlaczego to się przewraca?" nie pozostaje nic innego, jak zachęcić do sprawdzenia w jakich warunkach i ustawieniach tak się dzieje. Okazuje się, że smok może "skoczyć do Wisły" (tak to się teraz nazywa) jeszcze przed usunięciem wszystkich rycerzy, lub poczęstowaniem wszystkimi zwierzętami.

Młoda jeszcze przez kilka dni zaganiała wszystkich domowników do gry w "Jej smoka" i tak naprawdę to właśnie jest główny powód, dla którego mówię wam o grze. Ech... ten uśmiech i błysk w oku...

1.1.19

Opowieść (około)Wigilijna

Było to całkiem dawno temu, choć może niezupełnie, bo przecież raptem miesiąc minął. W każdym razie było to całkiem daleko, bo aż na drugim końcu miasta...

No ale na pewno zdarzyło się to bardzo późno, bo wszyscy ukradkiem chcieliśmy ziewać.

A zdarzyło się, że zebrało się trzech tatusiów i zaczęli opowiadać bajki. Tak naprawdę, to opowiadali o bajkach, które sami wymyślają i przedstawiają swoim pociechom. Mówili długo i szczerze - o tym, czy warto, jak zacząć, jak się nie poddać, jak sprostać wymaganiom młodych słuchaczy i jak przeżyć opowiadanie historyjek swoim dzieciom. Samo spotkanie zostało sprowokowane i poprowadzone przez Marcina - Super Tatę, który zaprosił nas w gościnę podczas swojej premierowej audycji w Polskieradiodzieciom.pl

Drugim gościem był Pan Poeta, który uwielbia tworzyć (i opowiadać) wierszem. Z całej naszej trójki, to właśnie on ma chyba największe praktyczne doświadczenie wybiegające także poza własne prywatne audytorium.

No i sobie porozmawialiśmy.
Oczywiście nie spieraliśmy się o to, czy trzeba opowiadać. Wszyscy zbyt dobrze wiemy, że dzieci za bardzo to lubią. Skupiliśmy się raczej na samym warsztacie. Wymieniliśmy się wskazówkami dotyczącymi tego, jak tworzyć (lub aranżować już istniejące) bajki. Pod lupę wzięliśmy standardy i obowiązkowe elementy, które muszą się znaleźć w takiej produkcji. Szczególne względy zwróciliśmy na przesłanie bajki oraz na wymogi jej odbiorcy. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że intonacja (oraz towarzysząca jej zabawa formą) jest szczególnie istotna i warto ją ćwiczyć, a inspiracji należy szukać wszędzie, a najbardziej w sobie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy dziecko znów poprosi o bajkę.

Efektu tego spotkania możecie posłuchać na stronie polskiego radia - o tutaj. Gorąco zachęcam.

14.5.18

Iluzja wciąż zwodzi.


Kolejny ciepły i przyjazny weekend przypomniał Tatusiowi-Bajarzowi o tym, że nie byłoby złym pomysłem zaplanować kilka wyjazdów na sezon letni. Jednak – jak to z Bajarzami bywa – zamiast w przód spojrzał w tył. A było gdzie patrzeć.

To nie jest Iluzja… to jest cała Farma Iluzji.

Na Farmę Iluzji wybraliśmy się po raz pierwszy ponad rok temu. Pogoda była piękna a szaleństwa nie chciały się skończyć. Pojechaliśmy tam całą rodziną w sobotę, a przez pół niedzieli słuchaliśmy jak Młody i Młodszy marudzą, że oni chcą wrócić...

Następnym razem postanowiliśmy rozpocząć iluzję odrobinę wcześniej. Tak się złożyło, że akurat odwiedzali nas wtedy Dziadkowie. Czary zaczęły się zaraz po śniadaniu, kiedy oznajmiliśmy dzieciom, że odwozimy Dziadków do domu. Euforia była raczej umiarkowana, bo wizja zwykłej, choć nieco wydłużonej, przejażdżki Familiobusem wcale nie zapowiadała szczególnych atrakcji. Odrobinę na nasze szczęście, Pociechy nie skupiają się za bardzo na trasie, którą zazwyczaj jeździmy, w związku z czym kompletnie nie zorientowały się, że jedziemy w zupełnie innym kierunku. Cień podejrzenia pojawił się w momencie, kiedy wjechaliśmy w las i kazaliśmy się przygotować do wysiadania. Wspomnienie z poprzedniej wizyty szybko wróciło a energia i euforia szybko wstąpiły w małe nóżki, które natychmiast pobiegły w stronę wejścia.

Szczerze mówiąc odrobina euforii wstąpiła również w nasze nogi i ruszyliśmy za Pociechami. Farma Iluzji co roku zwiększa ilość atrakcji, które oferuje swoim odwiedzającym. chcieliśmy skorzystać z jak największej ich liczby, jak również z tych, które znaliśmy z poprzedniej wizyty. 

Kiedy tylko przywitaliśmy się z kotem, zabawa zaczęła nabierać tempa. Najchętniej wszyscy rozbieglibyśmy się we wszystkie strony na raz, ale prawda była taka, że samo miejsce jest bardzo duże i prawdopodobnie nie byłoby nam łatwo odnaleźć się na czas. Dlatego jeszcze przez chwilę przetrzymaliśmy dzieciaki, markerem napisaliśmy im na rękach numery telefonów i ruszyliśmy.











Młody od razu znalazł sobie ściankę wspinaczkową, której pokonanie zajęło mu dosłownie chwilę. być może nawet zakładanie uprzęży trwało nieco dłużej. Nie chodzi tu jednak o czas, ale o fakt, bo radość już na wejściu była ogromna. Tatuś-Bajarz i Dziadek zajęli się przygotowywaniem posiłku. Nauczeni poprzednią wizytą, wiedzieliśmy, że będzie można tu skorzystać z ogniska i grilla. Druga sprawa to oczywista dla każdego rodzica prawda, że małe brzuszki, kiedy zgłodnieją, robią się bardzo niecierpliwe.

Ukochana z Babcią i resztą ferajny ruszyła zaś na podbój farmy.









Tu - co muszę przyznać jeszcze z małym nerwem - był mały zgrzyt, o czym za chwilę (tym bardziej, że nie wynikał on z zasad funkcjonowania tego miejsca). Dzieci korzystały z wszelkich karuzel, łódek, kolejek i baśniowych domków praktycznie do woli i do przesytu. Młodsze Pociechy wędrowały z Ukochaną i poznawały owe zaczarowane krainy, zwierzyńce i polowe instrumenty. Młody zaś, zabrał Babcię w część nieco bardziej naukową, w której znajdowały się też różne iluzje optyczne. Pułapki laserowe, zaburzenia perspektywy, głowy ucinane przez lustra i podawane na tacy... ot takie tam smaczne różności. Babcię pokonał jednak wirujący tunel (Tatusiowi-Bajarzowi także wyłączył on błędnik rok wcześniej). Postanowiła nie korzystać z tej atrakcji i poczekała na Młodego na zewnątrz. On tymczasem zaraz po opuszczeniu obiektu beztrosko Babci urwał się.




Pozwólcie, że pominę w tym miejscu wszelkie niemiłości, które pojawiły się w wyniku tego zdarzenia na płaszczyźnie komunikacyjnej pomiędzy Tatusiem, Babcią a Młodym. Nawet jeżeli ktokolwiek z Was uważa, że to tylko dziecko, i że trzeba zrozumieć, bo one zawsze będą miały takie dążenia do niezależności, musi też zrozumieć, że i rodzic ma prawo do emocji, a wrzask jest jedną z najmniej inwazyjnych form wyrażenia ich. 

W każdym razie, okazało się, że w tym krótkim czasie, kiedy Młody był na Gigancie zdążył przejść - dosłownie - na drugi koniec Farmy. Udało mu się pokonać Małpi Gaik, Szlak Trapera, a nawet Tajemniczą Kopalnię. Udało się go odnaleźć dopiero przy mini łódeczkach. 
Wiem, że takich sytuacji nie da się uniknąć i mam szczerą nadzieję, że obsługa Farmy jest wyczulona na to, że mogą się one pojawić. Przede wszystkim jednak nie uchylam się od faktu, że największa odpowiedzialność leży na rodzicach i opiekunach. Nie mniej jednak bardzo zastanawia mnie ta kopalnia. O tym, że Młody ją odwiedził, dowiedzieliśmy się później, gdy sami tam poszliśmy, a on "już wszystko wiedział". Jest to miejsce, które odwiedza się małymi grupami, bardzo klimatyczne i odrobinę klaustrofobiczne. Łatwo też dać się tam zgubić, a tymczasem on "podłączył" się do jakiejś rodziny, która wybrała się na zwiedzanie i zignorowała fakt, że ktoś jeszcze z nimi wchodzi. 



Mam wrażenie, że jest to część większej społecznej obojętności, w której dorośli boją się zwrócić uwagę obcemu dziecku, ale to nie na dziś i nie tu.



W każdym razie, po odnalezieniu, Młody miał chwilowy szlaban. Później i już po posiłku

ruszyliśmy dalej. Po raz kolejny zostaliśmy prawie do samego zamknięcia (a trzeba było jeszcze odwieźć Dziadków). Prawdopodobnie nie udało nam się skorzystać ze wszystkich atrakcji. Ale Tatuś-Bajarz nie mógł sobie odmówić wyrównania rachunków z poprzedniej wizyty. Na strzelnicach nie było najmniejszych problemów, za to na Segwayu... cóż...




Rok wcześniej wyglądało to tak, że najpierw to Tatuś-Bajarz przejechał się na segwayu, a cokolwiek później, to segway przejechał się po Tatusiu-Bajarzu. W tym roku, już prawie miałem powiedzieć, że "Segwaye to mi z ręki jadły" jak te Fiordy, ale Ukochana ostudziła moje zapędy i powiedziała, że jeśli nie zrobię jeszcze trzech kółek, to nic się nie zmieniło...


...więc, jakby wam to powiedzieć. Frajda na Farmie jest niesamowita, ale niedosyt pozostaje. Chce się więcej...

Zdecydowanie będzie planowanie.

23.3.18

Życie nie jest czarno-białe - bajka dla dorosłych.

Nie sądziłem, że kiedykolwiek ten temat zawita na stronach bloga Tatusia-Bajarza, i że tak bardzo będę chciał się na ten temat wypowiedzieć. Nie sądziłem, bo uważałem, że mnie nie dotyczy i przez to powinienem pozwolić na mówienie samym zainteresowanym. Ale to tak nie działa i już po raz drugi widzę, jak temat zaostrzenia przepisów o aborcji dzieli moich znajomych.

Dzień zaczął się jak każdy #CzarnyPiątek - od wojny na komentarze na ściance FB. znajomi skrzykiwali się w grupy, gdzie i kto i z kim i kiedy... Inni - nieco prześmiewczo - że oni to sobie w domu popatrzą, jak Stoch wygrywa, bo nagle się zrobiło luźno i nikt nie zwraca na to uwagi, albo, że oni to wolą #BiałyPiątek...

Jedni krzyczą na drugich, że zabiera im się prawo do wyboru, a drudzy im odpowiadają, że to dlatego, że ci pierwsi chcą tylko zabijać. I kiedy tak przez całe życie wierzyłem, że otaczam się ludźmi, którzy potrafią rozmawiać ze sobą i zachowywać dystans, nagle ujrzałem jednostki całkowicie zamknięte w swoich przekonaniach i absolutnie niezdolnych do przyjęcia pod rozwagę argumentów drugiej strony. To nie było dobre.
Czy to świat się zmienił, czy ja, a może moi znajomi?
Być może nawet po tym wpisie stracę kilkoro z nich...

Patrzę na to i marzę o tym, żeby to był #SzaryPiątek, i żeby obie strony dały radę ze sobą porozmawiać - dla dobra wszystkich. Bo szczerze mówiąc - i proszę wybaczyć mój, coraz bardziej parlamentarny, język - wkurwia mnie to, jak bardzo to wszystko dzieli, zamiast łączyć.

A argumentów mam kilka. I choć zawsze mi się wydawało, że nawet, jeśli je powiem, to i tak nic to nie zmieni, bo do nikogo to nie dotrze, to jednak jeśli nie spróbuję, to sam będę się czuł współwinny tej sytuacji.

Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć, że TAK - jestem osobą wierzącą, ale w tej sytuacji to nie ma żadnego znaczenia, bo mierzi mnie akcja #BiałyPiątek - jako użycie modlitwy w kontekście politycznym. Dla mnie to faryzeizm. Módlmy się za mądre decyzje, za zdrowie i za szczęście - ale róbmy to dla modlitwy, nie dla fleszy.

Z kolei #CzarnyPiątek z całkowitym najazdem na KK - sorry - ale gdzie poczucie etyki i własne sumienie. Nie trzeba chyba chodzić do kościoła, by odróżniać dobro od zła.

Niemniej jednak zgadzam się z tymi drugimi jeśli chodzi o możliwość dokonania wyboru. Sprawa aborcji nie jest sprawą prostą i zero-jedynkową, ale oba protesty właśnie taką ją czynią.
"Biali" powinni zrozumieć, że posiadanie możliwości wyboru nie równa się podjęciu decyzji o aborcji, a "Czarni", że zamiast prostego i głośnego "NIE" - warto przedstawić jakieś rozwiązania.

Rząd zaś - zwłaszcza taki odwołujący się do historii Polski i Polaków - powinien pamiętać, że zakazy w tym kraju zazwyczaj nie prowadzą do niczego dobrego. Zamiast tego, lepiej wyedukować. Nie bać się tego tabu, jakim jest na przykład antykoncepcja.
Jeśli ktoś ma stanąć przed decyzją, czy dziecko usunąć, czy nie, bo od tego będzie zależał komfort życia, bo zmniejszy się przestrzeń życiowa, bo płeć nie jest taka, jak sobie wymarzyli rodzice, to ja uzasadnienia dla zabiegu nie widzę. Bądźmy dorośli odpowiedzialni. Po to właśnie są metody zabezpieczania się. Jeśli nie chcecie mieć dzieci, to starajcie się zapobiegać, a nie "leczyć"

Oczywiście nie mówię o przypadkach ciąż pochodzących z gwałtów. W tym wypadku (może już tak jest i to byłoby super) uważam, że najlepszym kompromisem byłoby wprowadzenie procedury, w której ofierze podawana jest pigułka "dzień po". Życie, które mogłoby powstać w wyniku takiego czynu, byłoby, moim zdaniem, największą ofiarą całego zdarzenia i uważam, że tu nie ma o czym więcej dyskutować.

Jeśli jednak - zabawa była obopólna, ale efekty psują wam komfort - sorry - mojego zrozumienia nie znajdziecie.


Druga sprawa to dzieci, które mogą się urodzić chore. W tym wypadku bardzo często wystarczy, że rodzice usłyszą, "down" i czują się już jak skazani na dożywocie. Boją się o dziecko i o siebie, a także o to, że państwo im za bardzo nie pomoże. I tu znowu jest pole do popisu właśnie dla państwa.
Nie zakazujcie. TO do niczego dobrego nie doprowadzi. Zamiast tego pozwólcie rodzicom dowiedzieć się czegoś więcej na temat choroby swojego przyszłego potomka. Być może jest to wersja łagodna tej choroby, być może wasze dziecko osiągnie pełną samodzielność i jeszcze będziecie dumni. Może warto byłoby zorganizować spotkania z rodzinami, którzy już wychowują takie dziecko i zaufać przyszłym mamom i tatom, że podejmą właściwy wybór.
Tymczasem rodzice boją się tego, że przy ciągłej opiece nie będą mieli za co żyć, że dziecko będzie cierpiało, że kiedyś ich przeżyje i kto się nim zajmie... boją się, bo Państwo nie udziela w tej kwestii jasnych i wiążących odpowiedzi, a częściej słyszy się o minusach niż o plusach.

Być może też warto czasem zaufać medycynie i jeśli ona twierdzi, że dziecko nie przeżyje, albo będzie bardzo cierpiało przed śmiercią, to trzeba by się zastanowić, czy bardziej ludzka jest ochrona życia, czy ochrona przed cierpieniem i torturą.


Nie ma białego, czy czarnego - czytam relację i widzę, że wszyscy są aż buraczkowi z emocji.


Tutaj nie ma też jednoznacznie dobrego wyjścia, ale tak skonstruowany zakaz to błąd. Nie możecie ludziom zabierać wyboru. Możecie ich nauczyć czegoś więcej, zanim zaczną wybierać. I to może być właściwa droga.


Pieprzony #SzaryPiątek

17.2.18

SOR z Marchewulą

Sprawa jest bardzo świeża, a rany - w pewnym sensie - jeszcze się goją.

Kilka dni temu Młodszy wrócił z przedszkola z nosem co nieco spuszczonym na kwintę. Okazało się, że w niewyjaśnionych okolicznościach Pan Marchewula, z którym Młodszy spędza dużo przedsennego czasu, został poszkodowany.
Młodszy potrafi spędzić dzień lub dłużej bez kontaktu z Marchewulą, ale świadomość, że coś mu się stało, czyni to niemal niemożliwym.
I teraz powiedzmy sobie po męsku - każdy potrzebuje czasem kogoś takiego. Kogoś do wygadania, wyściskania, a czasem także do rzucenia o ścianę w złości na cały świat. Po to właśnie stworzono pluszowe misie i wszelkie ich pochodne.

Pan Marchewula doznał otwartego wybicia (wyprucia) stawu barkowego z prawdopodobnym przemieszczeniem. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze...

 
Nie było czasu do stracenia. Pluszak cierpiał, wata uciekała przez palce, a oczęta Młodszego zaczynały wilgotnieć. Tatuś-Bajarz przygotował niezbędne narzędzia, i choć Marchewula nie wyglądał na zadowolonego, trzeba było przystąpić do ratowania naderwanej kończyny.









Po długiej i męczącej walce z własnymi słabościami oraz czasie potrzebnym na przypomnienie sobie umiejętności związanych z precyzyjną chirurgią kosmetyczną pluszaków, Tatuś-Bajarz mógł wypuścić pacjenta do domu. Wprawdzie czeka go jeszcze chwilowy czas rekonwalescencji, ale wychodzi na to, że wszystko zakończy się dobrze. 




Najważniejsze, że Młodszy odetchnął z ulgą...

29.1.18

Jak sprawić, żeby dorosły facet się popłakał...

Chyba nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że wszyscy nosimy maski. Być może Gombrowiczowskie określenie "gęby" byłoby bardziej na miejscu. Ten drugi termin jest o tyle bardziej na miejscu, że wprost zakłada zwodzenie i uzyskanie jakiegoś konkretnego efektu. Gęba jest bardzo aktywna.

Maski zakładamy, gdy chcemy coś ukryć, a może coś wybadać - jakąś osobę, bądź sytuację. W takim założeniu Maska wydaje mi się bardziej pasywna..., ale może tylko dzielę włos na czworo. Tak czy inaczej, chodzi o te krótkie chwile, kiedy nie jesteśmy w 100% sobą. O te białe kłamstewka stosowane, kiedy babcia pyta, czy smakowało nam to ciasto, bo ona sama uważa, że jej nie wyszło (a przecież wszyscy uwielbiamy zakalce). Podobnie ma się rzecz z zachowaniem na pierwszej randce, kiedy wywarte wrażenie jest szczególnie ważne. I wreszcie... to samo dotyczy rodziców, którzy pilnują języka przy dzieciach i uczą ich pewnych zasad z pełną świadomością pełzającej między słowami hipokryzji - "jak dorośniesz, to zobaczysz". Krótko - wszyscy nosimy maski.

Tatuś-Bajarz (maska, a jakże!) właśnie zdał sobie sprawę, że z wielu jego wpisów można wyciągnąć wnioski o idyllicznym charakterze życia, które opisuje. Tymczasem wcale tak nie jest. Nie zawsze jednak czuję potrzebę, by o tym pisać. A czasem, jeśli taka potrzeba jednak się pojawi, pozwalam jej wziąć kilka głębszych oddechów i zazwyczaj sama odchodzi.
Niemniej jednak bywa smutno, nerwowo, a nawet kłótliwie. Z takimi sytuacjami też trzeba umieć sobie poradzić.

Ostatnia niedziela miała być pierwszym, od bardzo długiego czasu, spokojnym i rodzinnym dniem. Niestety było nieco inaczej. Tatuś-Bajarz (w masce, o której rzadko wspominam - masce dyscyplinatora) był już bardzo zmęczony, a jego nerwy były napięte do granic możliwości. I to się uzewnętrzniało. Miał świadomość, że być może jest dla Młodego i Młodszego odrobinę zbyt surowy. Ba... oberwało się także i Młodej. Muszę jednak całkiem uczciwie zaznaczyć, że obaj starsi, rozpuszczeni feriami i dodatkowymi atrakcjami, mocno pracowali nad tym, by ojcowskie nerwy pozostawały w stanie ciągłej atencji. Młoda natomiast nie miała najmniejszych oporów przed braniem z nich przykładu. Dość powiedzieć, że kilka siniaków oraz wiele decybeli wylanych łez później, lekcja nie została odebrana.
Wieczorem zaś przyszedł czas na rozliczenie dnia i decyzję, czy będzie bajka-nagroda. Wszyscy czuli, że wynik nie będzie satysfakcjonujący dla żadnej ze stron. Jednakże to Ukochana przeważyła szalę (właściwie to jej argumenty to zrobiły i mam nadzieję, że wybaczy mi to niefortunnie użyte sformułowanie). Nagroda miała być, ale najpierw należało wysprzątać pokój.
Młodzież entuzjastycznie pobiegła zrobić, co trzeba i nie minęły nawet trzy minuty, gdy usłyszałem:

- Tatooo... katastrooooofaaaa!!

Nikt nie płakał, więc byłem przekonany, że jest to katastrofa o charakterze raczej materialnym, niż wymagającym medycznej interwencji. Kiedy wszedłem do pokoju Młody pokazał mi wyrwane drzwiczki od szafki tłumacząc, że trochę za mocno nimi trzasnął (on ma 7 lat!). W tej chwili, po całym dniu, byłem gotów zagwizdać jak czajnik z wrzątkiem. Tak bardzo byłem zły... może nawet wściekły. Po chwili jednak uznałem, że lepiej będzie nic nie mówić i wyszedłem z pokoju bez słowa. absolutnie nie miałem ochoty nic z tym robić - nie w tamtej chwili. Wtedy katastrofę ujrzała Ukochana. Stanowczo zabroniła dzieciom ruszać szkody i powiedziała, że tata zaraz to naprawi.

No i cóż ja mogłem?

Wziąłem wkrętarkę i wróciłem do małego pokoju. Kiedy w milczeniu kombinowałem co zrobić, żeby dało się naprawić to ikeowskie rozwiązanie, usłyszałem, jak za moimi plecami Młodszy mówi:

- Szafka się zepsuła. Ale mój tatuś, superbohater, zaraz ją naprawi...


KURTYNA


Tatuś-Bajarz - majsterkowicz, w masce Tatusia-Bajarza - dyscyplinatora, na jednym wdechu dokończył naprawę szafki, po czym chyłkiem wyszedł z pokoju. Musiał natychmiast zmienić maskę, bo w tej nagle bardzo mu się oczy spociły.